Wiedeń 36

Po wejściu do wagonu okazało się, że B zadbała oto, by nasze łóżka znajdowały się na górze. Stamtąd mogliśmy swobodnie sterować oświetleniem w całym przedziale sypialnym, jak i dysponować olbrzymią, wysoko zawieszoną nad drzwiami półką, na której swobodnie dało rozłożyć się nasze plecaki, buty, ciuchy, rzeczy do przebrania i wszystkie inne szpargaly. B. wyprawiona w tego typu podróżach pościeliła moje łóżko jako pierwsze, następnie zajęła się swoim, po czym zaczęła wyciągać z plecaka wszystkie dodatkowe przedmioty, które zabrała ze sobą z domu: zatyczki do uszu, opaskę na oczy, ręcznik, opaskę z uchwytem na latarkę, spray zabijajacy zarazki i przykry zapach przechrzczony na „sperm killer”, balsam kokosowy do ciała, skarpety do spania i budzik!
Po paru minutach od odjazdu ze stacji do przedziału wszedł bardzo przystojny pan konduktor i na nas zamurowało. Na szczęście tylko na chwilę, bo zaraz oboje z B. załapaliśmy klimat i zaczęliśmy biednego konduktora na zmianę podrywać. B. znowu mnie zaskoczyła wyciągając z torby dwie małe butelczki wina, które według jej zapewnień miały być tymi ostatnimi przed grzecznym pójściem spać. Nasz przedział lekko przerażał, składał się z dwóch, trzy piętrowych, metalowych łóżek-pryczy przerobionych na dwie dwójki. Konduktor wspomniał, że od Buchs będziemy mieli współpasażerów i wtedy zrobiło się nam jakby mniej do śmiechu, ale z drugiej strony, kto by się takimi szczegółami przejmował.
W Buchs mieliśmy kilkunastominutową przerwę, B. wyszła na papierosa a ja wybiegłem zaraz za nią rozprostować nogi. W oddali zobaczyliśmy sylwetki, dwóch par starych zramolałych Szwajcarów, lat sto niebezpiecznie zbliżających się w naszym kierunku. B. początkowo zaśmiała się na ich widok, ale po sekundzie oznajmiła, że to są chyba nasi… Dziadek z brzuchem, stary, siwy, brodaty i wąsaty, zaniedbany, śmierdział jakby dopiero co wrócił z pola a za nim babuszka z siwymi włosami i paprochami na głowie, gadająca do siebie i wyglądająca równie odpychająco jak on.
Całe szczęście, że miałem zatyczki do uszu, bo w nocy oboje równo chrapali a B. im wtórowała, ale nie żebym się czepiał. Przespałem spokojnie całą noc. Trochę się wierciłem, bo łóżko było za krótkie, nie mogłem do końca rozprostować nóg, nie uderzając przy tym głową o brzeg półki. B zbudziła się pierwsza, było po 6, zeszła po ciuchu po drabince ze swojego łóżka i zniknęła za drzwiami korytarza. Gdy wróciła, kazała mi szybko biec do toalety dla niepełnosprawnych, bo ta była naprawdę duża, jasna i przede wszystkim czysta, z czego chętnie skorzystałem. B. obadała patent z łazienką dla niepełnosprawnych już wcześniej, podczas gdy wszyscy inni tłoczyli się w kolejce do łazienek po przeciwległym krańcu wagonu.

Punkt 7.40 dojechalismy do stacji Wiedeń HB. Wskoczyłem w spodenki, spakowałem resztę rzeczy do plecaka, na dworcu kupiliśmy sobie po kubku świeżego, warzywnego soku o wdzięcznej nazwie „wake up juice” po czym metrem pojechaliśmy w kierunku Herrengasse. Na pierwszy rzut poszło Cafe Central. Tyle razy byłem w Wiedniu, mój Radisson jest rzut berem, ale jakoś nigdy nie uśmiechało mi się stawać tam w długaśnej kolejce, by zjeść śniadania a’la Sissy. Byliśmy tam przed 8, większość stolików była prawie pusta, z uznaniem przyjąłem więc pomysł B. by zjeść tam nasze sobotnie śniadanie.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Wiedeń 36

Któregoś pięknego dnia koleżanka z recepcji idąc w moje ślady, postanowiła zadbać o nieskazitelność swojego uśmiechu, za moją namową zadecydowała poprawić sobie uzębienie. Padło na zagranicę, bo w malowniczej Szwajcarii zapłaciłaby podwójnie jeśli nie potrójnie. Jej chłopak B. polecił jej sprawdzonego dentystę w stolicy Węgier i tak przez kilka miesięcy, co parę tygodni przemierzała trasę Berno-Budapeszt celem kolejnych wizyt u specjalisty. Któregoś razu, przypadkiem wypatrzyła, że pociąg z wagonami sypialnymi kursuje na trasie Zurych Wiedeń. Pomyślała, że mogłaby być z tego niezła przygoda wybrać sie z kimś na przejażdżkę tam i spowrotem, zmontować małą imprezkę przez noc, w ciągu dnia zwiedzić Wiedeń, w którym nota bene nigdy nie była, a wieczorem wrócić do domu. Ucieszyłem się jak dzieciak kiedy zaproponowała mi ten wyjazd! Oboje mamy swoje lata, przeto cenimy wygodę i luksus, ale podobnie czasami lubimy spontan, z gwarancją dobrej zabawy. Wtedy nie przeszkadza nam jeśli się przy tym trochę pobrudzimy, spocimy, zbrukamy i prześmierdniemy, w końcu od brudu się nie umiera. Kiedy zadzwoniła, że znalazła termin i tanie bilety nie wahałem sie ani sekundy! Przez następnych kilka tygodni żyliśmy tym wyjazdem, przy każdym spotkaniu planowaliśmy kto co ze sobą zabierze i co będziemy robić.

W końcu nadszedł długo wyczekiwany koniec tygodnia. Spotkaliśmy się na dworcu, B dotarła na miejsce zbiórki 5 minut przede mną i zdarzyła zamelinować się w Cafe Spetaccolo z kieliszkiem białego wina, a że do odjazdu pociągu mieliśmy prawie pół godziny nie mogłem do niej nie dołączyć. Przed wyjściem z domu zdążyłem się cały odrobaczyć, wymyć, wyszorować, zdezynfekować i oklepać talkiem oraz wonnymi perfumami, bo najbliższe 36 godzin mieliśmy spędzić bez kontaktu z bieżącą wodą. Wskoczyłem w wygodny dres i gdy B zobaczyla mnie na dworcu mało nie padła z wrażenia. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy się w aż tak luzacko-wygodnych strojach. Pociąg podjechał punktualnie, okazało się że B przygotowała małą niespodziankę w postaci butli szampana i kanapek. W dodatku zadbała o odpowiednią temperaturę bąbelków taszcząc ze sobą izotermiczną siatkę. Ze swojej strony mogłem jedynie wbić się pierwszy do pociągu i zająć nam wygodne miejsca na piętrze wagonu, przy okrągłym stole a’la prywatny lounge! Współpodróżujący z ciekawością patrzyli na butelkę Moeta i zjawiskowo piękne kanapki z szynką i awokado, ale B od razu zastrzegła, że to tylko dla nas i nikogo do biesiadnego stołu zapraszać nie zamierzamy. Butelka pękła nim dojechaliśmy do Zurychu, w drodze robiliśmy zdjęcia i kręciliśmy video bezpośrednio relacjonując wszystko na instagramie, próbując uchwycić wyjątkowość tych chwil. Musiałem przyznać, że B naprawdę sie postarała, zimny szampan, kolorowe kanapki i dobry humor udzielały się nam przez całą drogę.

C.d.n.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Zero

Tydzień temu odszedł Zero, byłem akurat z K. w Rzymie kiedy drżącym głosem zatelefonował do mnie M., że musi jechać do weterynarza uśpić kota. Nie było mnie wtedy przy M. dlatego przez następne kilka dni nosiłem w sobie wyrzuty sumienia. Gdybym był w Rzymie sam, na pewno skróciłbym swój pobyt i wrócił do Berna. Po powrocie do Szwajcarii poczucie winy i podły nastrój wciąż się utrzymywały. M. przekonywał mnie, że nic się takiego nie stało, tłumaczył, że dobrze mu zrobiło pożegnać się ze swoim pupilem sam na sam. Wcale lepiej się przez to nie czułem. Kiedy wspomniał, że obawia się trochę zbliżającego się długiego weekendu, zaproponowałem spędzić ten czas poza domem. W ten sposób próbowałem zagłuszyć w sobie nieprzerwane poczucie winy. M. o dziwo nie protestował, chętnie przystał na mój pomysł i dał się wyciągnąć na kilka dni do Wiednia.

Przyleciałem tam dzień przed nim, miałem jeszcze swoje plany do zrealizowania, ale od soboty czas spędzaliśmy już razem. W południe odebrałem M. ze stacji i zawiozłem do Radissona, po czym poszliśmy w miasto. Okres upałów nareszcie minął, ma nadzieję że bezpowrotnie, na zewnątrz panowało przyjemne 20 stopni w cieniu. Spacerowaliśmy godzinami odwiedzając nasze ulubione miejsca, kręciliśmy się bez celu po urokliwych uliczkach starego miasta, uległem nawet chwili impulsywnych zakupów odzieży. Na kolację  poszliśmy do restauracji Zum Leupold, którą regularnie odwiedzamy bedąc w Wiedniu. Taki nasz mały rytuał w tym mieście.

M. zapragnął odwiedzić Albertinę i choć nie miałem na to zbytniej ochoty zagryzłem wargi i mu towarzyszyłem. Spędziliśmy ze sobą bite 3 dni i noce, nadarzyła się okazja by wymienić myśli dotyczące ostatnich wydarzeń, porozmawiać o przyszłości i podzielić się obawiami. M. znowu mnie namawia żebym gdzieś pojechał, odkrył nieznane, mocno egzotyczne miejsce i wrócił z głową pełną nowych pomysłów. Sam nie wiem czy mam ochotę gdzieś jeszcze jeździć, ale nie byłbym sobą gdybym wieczorem nie zasiadł przed komputerem i zaczął szukać informacji o połączeniach z Wyspami Palawan.

Opublikowano podroze | Otagowano , , | Skomentuj

Rzym

Razem z K. zwiedziliśmy pół świata, od USA i Kanadę, po RPA, Australię Tasmanię i kilka europejskich stolic. Najśmieszniejsze jest to, na początku obiecałem zabrać ją do Rzymu, ale jakoś nigdy nie było nam tam po drodze, więc lataliśmy raczej dalej wychodząc z założenia, że do Rzymu mamy przysłowiowy rzut beretem.

Dwa tygodnie temu K. dowiedziała się, że niebawem wyjeżdża na projekt do Johanesburga, taki który może potrwać dobre kilka miesięcy i gdy mi o tym oznajmiła, nie było sensu dalej zwlekać, bo co jeśli nie wróci albo zostanie tam naprawdę długo. Kupiliśmy więc pośpiesznie bilety do Rzymu.

M. wróciwszy z pracy popukał się w głowę, przecież dopiero co byłem w Wiecznym Mieście w marcu i maju, ale widząc mój nieschodzący z twarzy uśmiech w końcu uległ, kazał jechać i dobrze się bawić.

Wczoraj wieczorem jeszcze prasowałem i pisałem nowe cv, rano zerwałem się wcześnie, żeby je powysyłać, ogarnąć się i spakować a potem popędzić na lotnisko. Od rana mam mega dobry humor, że aż energia mnie rozpiera. Za kilka godzin widzimy się na Fiumicino!

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

rodziny się nie wybiera…

M. zadzwonił zapytać mnie czy miałbym coś przeciw gdyby do Berna przywiózł swojego starszego brata. Nie jestem fanem gości, co innego kilka dni, czy jakiś weekend a co innego cały tydzień zmagania się z gościem. Z drugiej strony, przeżyliśmy w Bernie odwiedziny mojego brata, znajomych, przyjaciół i M. nigdy nie protestował. Biorąc pod uwagę że niedawno wzięliśmy ślub nie wypadało mi jawnie okazywać niezadowolenia więc z przylepionym uśmiechem przystałem na ten pomysł ochoczo. Brat po 40. za granicą nigdy nie był, wyobrażenia o niej swoje miał nierzeczywiste, włącznie z rojeniem że przyjedzie na tydzień do Szwajcarii, znajdzie szybko dobrze płatną pracę, obłowi się i wróci do siebie ma wieś. Nie dałem po sobie poznać co myślałem o tym planie…

Dwa dni po powrocie M. miał jeszcze wolne dlatego w trójkę jeździliśmy do Lozanny, Montreux i Bazylei a dopiero potem ostałem się ze szwagrem sam na sam. W związku z tym że na brak czasu narzekać nie mogę, planowałem dodatkowo zabrać go Lucerny, pokazać Berno, tylko że brat choć starszy to niestety ignorant jakich mało. Zaczepiał nieznajomych w metrze i na ulicy, proponując wszystkim zrobienie sobie wspólnego zdjęcia – większość go nie rozumiała, inni odmawiali wspólnego selfie, no bo w końcu z jakiej racji? Najgorsze że on nic sobie z tego nie robił, nachalnie pstrykał zdjęcia nieznajomym i prosząc się o kłopoty. Chocz nigdy za nic nie płacił ostentacyjnie narzekał na ceny w Szwajcarii porównując je z tymi we Włoszech. W restauracjach zuchwale próbował zwrócić na siebie uwagę kelnerek, zaglądając im w dekolt albo rzucając się w ich kierunku by pomoc im w pracy. W restauracji zagadywał gości, głównie nieznajome kobiety, tyle tylko że nikt go nie rozumiał ale on wcale nie wydawał się tym przejmować.
Dziwił się kiedy odradzaliśmy mu wszelkich prób pomagania kelnerkom: zabieranie im pełnych talerzy czy szklanek z tacy, noszenie za nimi skrzynek z napojami, składanie talerzy jeden na drugim, nawet jeśli na stoliku jest mało miejsca. Nie rozumiał że oczywiście może się zdarzyć, że kelnerka coś wyleje, ale prawdopodobieństwo takiego wypadku jest większe, jeśli będzie jej jeszcze gdzieś tam manipulował łapami przy tacy.

Pierwszego dnia na jedzenie i wizyty w kawiarniach wydaliśmy ponad 600 franków i już wtedy przeczuwałem że nic dobrego z tego nie będzie. Na ulicy wołałem się do niego nie przyznawać bo albo prawie rzucał się pod koła pociągu próbując robić sobie selfie z nadjeżdżająca kolejką, albo zaczepiał bezdomnych narkomanów wdając się z nimi w dziwne dyskusje prowadzące do nikąd. Bezustannie przeginał i jechał po bandzie, kilka razy myślałem nawet że dostanie od kogoś po gębie, ale na szczęście skończyło się tylko na wulgarnych epitetach pod jego adresem. O ile Włosi mają lekkość i talent w nawiązywania kontaktów to brat M jest wyjątkiem. nie grzeszącym subtelnością, ogładą czy dobrym humorem prostakiem.

W jednej z restauracji gdy zaczął gwizdać na kelnerkę myślałem że zapadnę się ze wstydu pod ziemię. Największa obraza dla kelnera? Pstryknięcie na niego. Każdy to powie, więc tym bardziej się tego nie robi. Pstryknąć to sobie można na konia albo na swoją starą. Jeśli pstrykniesz na kelnera lub kelnerkę, to masz jak w banku, że twoje jedzenie będzie zawierało jakiś dodatkowy enigmatyczny składnik w postaci płynu do podłogi czy inny płyn ustrojowy.
Szczerze to brakowało mi jeszcze u niego pozostawiania prezentu, w postaci numer telefonu nagryzmolonego na karteczce, bo przekonanie, że ta dwukrotnie od niego młodsza kelnerka na pewno zadzwoni wieczorem, było u niego przeogromne.  Nie rozumiał że kelnerka nie zadzwoni, choćby nie wiem jaki napiwek zostawił pod wizytówką z napisem „prezes”, „mecenas”, „CEO”, „król”, „papież”.
Żenujące, że nie przemawiały do niego żadne argumenty ani prośby, byłem wściekły na M. że sprowadził nam na głowę takiego kretyna.

W czwartek miałem go już serdecznie dosyć, szybko skalkulowałem że jeśli przyjdzie mi spędzić z nim kolejne dwa dni to lekką ręką zubożeję o 1000 franków dlatego skłamałem M. że dostałem zaproszenie na rozmowę do Amsterdamu. M. o dziwo nie protestował, ba nawet zachęcał mnie bym pojechał i wracał dopiero w sobotę… Potem gdy o tym rozmawialiśmy, przyznał że nie mógł przeboleć, że w ogóle go do nas ściągnął, nie chciał żebym sponsorował kolejne drogie atrakcje, dlatego wypchnął mnie z domu. Poleciałem do Bukaresztu odwiedzić znajome strony i wcale tego nie żałuję.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Wrocław i trup w szafie

Po powrocie z Lecce poleciałem na kilka dni do Wrocławia. Mało z kim udało mi się spotkać, bo najbliżsi znajomi i przyjaciele powyjeżdżali akurat na urlopy, ale wcale mnie to nie zniechęciło. Wreszcie udało mi się odebrać nowy paszport, bo w starym po 3 latach skończyły mi się wolne strony, zrobić podstawowe badania, które stwierdziły u mnie martwicę trzustki, podpisać listę obecności w znajomych barach.

Po 13 latach nie chcący wpadłem na pana P. i w przypływie dobrego nastroju zaproponowałem mu koleżeńską kawę. W pierwszej chwili pomyślałem, że odmówi i trochę byłem na siebie zły, bo znowu poczułem się jak tamten małolat, który się narzucał.
Taki mój trup w szafie, o którym wołałbym zapomnieć, rzadko wspominam a jeśli już to nawet miło…
Szybko jednak odgoniłem te myśli.
Spotkaliśmy się przy Bulwarze i w ekspresowym tempie opowiedzieliśmy sobie ostatnie 13 lat życia. Nie udało mi się uniknąć porównań i ocen: bardzo się nie zmienił, ani fizycznie, ani w podejściu do życia – w przeszłości zawsze miałem szczęście do płytkich, nieodpowiedzialnych i niedojrzałych facetów. 50 lat na karku w branży robi jednak swoje – urok pozostał ten sam, przestał tylko działać i teraz co najwyżej tylko śmieszy, choć jemu się wydaje się, że czas stanął w miejscu.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Owoce morza wychodzą bokiem

W Lecce, niedaleko Porta San Biagio, mamy naszą ulubioną knajpkę Blu Notte i właśnie tam chciałem spotkać się całą naszą trójką. M., pomysł ten spodobał się dopiero nazajutrz, ale do końca nie wiedział jak z niezręcznej sytuacji wybrnąć przed resztą braci. Jakimś sposobem w końcu znalazł wytłumaczenie i spotkaliśmy się w takim gronie, w jakim zaplanowaliśmy. A bracia wcale nie protestowali albo przynajmniej nie dali po sobie poznać. Jedzenie w Blu Notte było jak zwykle palce lizać, wieczór minął nam bardzo przyjemnie i beztrosko, bez dąsów, narzekania czy zbytniej kurtuazji. Tyle tylko, że nazajutrz rano M. poczuł się źle, wymiotował przez cały dzień, prawie w ogóle nie wstawał z łóżka – nie pojechaliśmy tego dnia na plażę. Osobiście nie rozpaczałem z tego powodu, spiekłem się na raka, ciało miałem obolałe, w ciapki i wyglądałem jak chodząca mapa świata.. Poza tym było mi żal M, zostałem z nim w hotelu, opiekując się, przynosząc suchary, napoje i upewniając się, że jeszcze żyje. Nawet wieczorem gdy przyjechała G., M nie był wstanie zejść na dół do lobby taki był wciąż osłabiony. Nie mając nic innego do robienia samotnie zjadłem śniadanie, potem lunch, w ciągu dnia zdezynfekowałem swój organizm odpowiednią ilością ginu z tonikiem a pod wieczór wybrałem się samotnie na spacer do miasta. Po mimo późnej pory wciąż było nieznośnie duszno i po kwadransie na czole pojawiły mi się stróżki potu.

Kręcąc się po uliczkach starego miasta rozmyślałem. Pamiętam ile razy wzbraniałem się, żeby tu przyjechać i ile razy M. powtarzał, że przyjadę raz i się zakocham tak jak w Rzymie. No i co? Miał rację. Bardzo lubię Puglię i nie wyobrażam sobie choćby jednego lata, by nie spędzić tutaj paru dni wakacji. Chciałbym żebyśmy tutaj kiedyś zamieszkali albo lepiej – mieli tutaj swój dom, do którego moglibyśmy przyjeżdżać kiedy tylko przyszłaby nam na to ochota.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Na plaży słońce praży, tu bladość ciał zanika…

Po śniadaniu pojechaliśmy na plażę. Chłopaki z Prohibition polecili nam Togo Bay w Torre Lopillo. Gdy wreszcie znaleźliśmy to miejsce, okazało się że leżaki i owszem są, za to parasola nie uraczysz. Na zewnątrz prawie 40 stopni, żar leje się z nieba – nawet z kremem 50. nie zdecydowałbym się leżeć na takiej patelni. Poszliśmy więc obok i ostatecznie trafiliśmy wcale nienajgorzej. Było jeszcze przed południem a już zrobiło się potwornie gorąco, straciłem ochotę wystawiać się na słońce w tym skwarze, odechciało mi się opalania dlatego rozłożyłem sobie leżak w cieniu ogromnego parasola. Nie nałożyłem żadnego kremu, bo przecież leżałem centralnie w cieniu i byłem głupi… Wieczorem odkryłem, że mam poparzony prawie caluśki brzuch i kawałek ramienia. Nie wiem jak to zrobiłem, ale wiedziałem, że przez następne kilkanaście dni czeka mnie droga przez mękę. Na nic zdały się wszelkiego rodzaju mleczka, balsamy i kremy – tydzień później łuszczyłem się jak wąż a na dodatek wyskoczyło mi jakieś uczulenie, krosty na brzuchu i wyglądałem mało apetycznie, by nie powiedzieć, że ohydnie i odstraszająco.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Elephant in the room

Po ostatnim wypadzie do Como wiedzieliśmy jak długich korków możemy spodziewać się na trasie, dlatego by ich uniknąć pojechaliśmy w stronę Przełęczy Św. Bernarda. Udało się nam nawet dość wcześnie wyruszyć spod domu, w ekspresowym tempie dotrzeć do Włoch i wbić się na Adriatikę. Początkowo kręciłem trochę nosem z niezadowolenia, że na sam koniec włoskiego cypla musimy tarabanić się czterokołowcem. M. dość szybko przekonał mnie, że dzięki temu możemy zabrać ze sobą dużo więcej rzeczy, wywieźć zalęgające w kartonach w pakamerze przedmioty-śmieci których nie używamy od lat, a w drodze powrotnej zrobić gigantyczne spożywcze zakupy. Ile razy jesteśmy w Como zawsze zatrzymujemy się przy jakimś wielkim hipermarkecie i bez żalu wydajemy 600-800 euro, bo za te same zakupy w Szwajcarii wydalibyśmy 2,5 razy więcej więc oszczędności są znaczne.
Od momenty przekroczenia granicy szwajcarsko-włoskiej upał stal się nieznośny, z nieba lał się 40 stopniowy żar a jedyne co mój organizm przyjmował bez ograniczeń były zimne napoje i lody. Do Lecce dojechaliśmy ok. 14, na Adriatyce staliśmy trochę w korkach, ale w sumie nie było aż tak źle. Znajomy recepcjonista, w naszym ulubionym hotelu powitał nas szerokim uśmiechem i wręczył klucze do pokoju. Polubiliśmy 8piu, za jego czystość, prostotę, wygodę, funkcjonalność oraz ceny. Wcale nie potrzebujemy spać w Hiltonie czy Risorgimento, w których ceny w sezonie są horrendalne. W tym roku Lecce po raz drugi z rzędu odwiedziła Madonna i mieszkańcy Fasano pękali z dumy, że gwiazda tego formatu wybrała na swoje wakacje właśnie ich region.
Jeszcze tego samego wieczoru spotkaliśmy się z całą rodziną na kolacji w Cantina Don Caruso w San Pietro in Lama. Było przyjemnie i nieskrępowanie, po mimo wieczornej duchoty, z niespotykana dla siebie lekkością wykrzesałem z siebie pokłady entuzjazmu oraz dobrego humoru i zabawiałem naszych gości najlepiej jak tylko potrafiłem. Wszystko przebiegało w bardzo luźnej atmosferze dopóki siostrzenica M. nie spytała niespodziewanie czy to prawda, że się pobraliśmy? Przez chwilę miałem wrażenie, jakby wszyscy goście w restauracji wstrzymali oddech. Obaj potwierdziliśmy zgodnie ten fakt, a ja zaraz potem beztrosko zaniosłem się od nadmiaru radości co natychmiast wzbudziło salwy śmiechu i okrzyki gratulacji.
Przy kolacji wpadłem na pomysł, by kolejny wieczór spędzić z mamą M. Ten trochę się krygował, tłumaczył, że jeśli zaprosimy ją na kolację, wypadałoby zaprosić też brata, a jeśli jego, to także najstarszego z żon, plus siostrzenicę… Tak zaczął wszystkich wyliczać, roztaczając przede mną wizję powtórki biesiady na nasz koszt, że obudziło się we mnie liczydło, przekalkulowałem sobie wszystko w pamięci i szybko urwałem temat.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Miszmasz

Jak co roku pojechaliśmy na wakacje do Lecce, ja jak zwykle tylko na kilka dni a M. na prawie 3 tygodnie. Tegoroczny wyjazd był jak najbardziej planowany, bo nikt z rodziny M. nie był zaproszony na nasze przyjęcie weselne w maju. Od początku planowaliśmy zorganizować jedno przyjęcie we Włoszech a drugie w Polsce.
Tego lata niestety zaskoczyły nas ceny biletów na samolot, jak i cena wypożyczenia auta na lotnisku w Brindisi. Kalkulując wszystkie wydatki wyszło nam że tym razem najlepiej opłaciłoby się nam pojechać tam ze autem. Wypożyczyliśmy więc w Bernie wygodne Renault i zaplanowaliśmy drogę tak, by w ciągu dwóch dni pokonać trasę 1400km, zatrzymując się pod drodze na noc w Anconie. M. trochę protestował i mruczał pod nosem z niezadowolenia, w jego przekonaniu dałby radę przejechać i 3000km non stop, ale że życie mi jeszcze miłe wymusiłem na nim dodatkowy nocleg. Ostatecznie mogę jednak mówić o niesamowitym szczęściu – przypadkiem odkryłem w Anconie bardzo wygodny hotel Ego z super restauracją, że sam M. cieszył się, że namówiłem go na ten przystanek.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj