Południe wyspy

Zorganizowałem nam na wieczór stolik w bardzo przyjemnej knajpce o wdzięcznej nazwie Dioniso i bylem z siebie przezadowolony, bo gdy tam weszliśmy miejsce okazało się naprawdę tici a każdy to przychodził po nas odchodził z kwitkiem, bo nie było wolnych miejsc i lepiej było mieć rezerwacje…
Świeże ostrygi, trzy rodzaje ryb, pasta z sosem ricci, butelka wina – jak skończyliśmy byliśmy naprawdę zrobieni, że przed zaśnięciem musieliśmy pójść na nocny spacer bo inaczej eksplodowałby nam spodnie. Wieczorami jest tutaj chłodno i rzeczywiście przydają się nam szaliki i kurtki, choć w ciągu dnia temperatura lekko osiąga 20 kresek i przez cały czas pięknie świeci słońce.
Artemisia – pięknie położony na prawdziwym odludziu hotel miał wszystko czego moglibyśmy potrzebować do relaksu, nie daliśmy tylko rady skorzystać ze spa, bo ciągle gdzieś nas gnało. M. ciągnął mnie jeszcze rano, by przed wyjazdem do Agrigento pokazać mi jeszcze najstarszą część Ragusy a ja udawałem, że nie mam na to ochoty. Na szczęście M. postawił na swoim a ja ostatecznie dobrze na tym wyszedłem, bo Ibla okazała się prawdziwą architektoniczną perełką. Nie straszne były mi schody, ani wąskie, zatłoczone ruchem samochodowym ulice prowadzące na zmianę a to w górę a to w dół, ani słońce coraz odważniej wyglądające zza chmur, chodziłem po mieście komisarza Montalbano i choć czasem z wywieszonym z braku tchu językiem sprawiało mi to niespodziewaną frajdę. Dookoła pełno klimatycznych knajpek, kawiarni i barów serwujących lokalne smakołyki albo sklepów oferujących tutejsze wyroby artystyczne, w powietrzu unosił się zapach pomarańczy. M. wykorzystał swój limit zakupowy wczoraj w Syrakuzach, dlatego tutaj musiał obejść się ze smakiem.

Droga do Agrigento przepełniona malowniczymi krajobrazami, tomtom prowadził nas dziwnie bocznymi drogami pełnymi krzaków, kaktusów, dziur i równo poukładanych kamieni, ale przy najmniej nie było korków i co jakiś czas zmieniał się krajobraz z sielskiego na jeszcze bardziej sielski. Dolina Świątyń rzeczywiście jest imponująca, zostawiliśmy auto na jednym z głównych parkingów i pieszo postanowiliśmy odwiedzić każdą ze świątyń, o tej porze roku żar nie lał się z nieba, dlatego taki wysiłek był samą przyjemnością.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Byleby do Ragusy się dostać

Gdy kładłem się spać było grubo po 1 w nocy, nie wiem dlaczego, ale spałem bardzo krótko, obudziłem się przed 5 i chyba coś niedobrego mi sie śniło bo narobiłem takiego rabanu że obudziłem M… przekładałem się później tylko z boku na bok, w końcu po 6 wylazłem po cichu z łóżka i pozwoliłem M. cieszyć sie snem sprawiedliwego. Tak jak przypuszczałem, widok z naszego tarasu przyprawiał o palpitacje serca, na wprost od naszego balkonu ciągnął się długi, kilkunastometrowy mur kolczasty a za nim olbrzymia wieża z kominem, która nie wiem czemu, ale wczoraj kojarzyła mi się z krematorium… No może krematorium to nie było tylko jakaś fabryka, ale definitywnie wyglądało niepokojąco…
Zjedliśmy byle jakie śniadanie byleby jak najszybciej wyjechać do Syrakuz. Niestety nie było nam dane wyjechać od razu…. Nim to nastąpiło spędziliśmy prawie godzinę czekając na hotelowy shuttle, który okazał się zwykłym autem osobowym i w końcu zawiózł nas na lotnisko, potem pół godziny szukaliśmy stanowiska Enterprise a na końcu musieliśmy stać w kolejce po klucze. M. dwoił się i troił żeby poprawić mi humor, bo na mojej twarzy wyczytać można było megaduże niezadowolenie. Trochę się dąsałem i lekko plułem jadem, bo wszyscy wkoło wydawali mi się albo głupi albo zdrowo p… ci, ale w końcu pogodziłem się z sytuacją, przecież to nie byla jego wina, że Sycyliczykom bliżej do Arabów niż do Niemców więc gdy w końcu zacząłem kpić ze wszystkich tych kuriozalnych sytuacji M. wiedział, że jest ok i nie musiał się dłużej martwić, że strzelam focha i rzucam gromy…

Nowiusieńkie Volvo V40, którym wyjechaliśmy w trasę, sprawia się bez zarzutów, wreszcie zrobiło sie miło, przyjemnie i wakacyjnie. Mamy ubaw z wbudowanego GPSu bo głos tej pani brzmi służebnie poddańczo jakby co rotundę miała się rozpłakać.

Podczas zwiedzania kolejnych miast zauważyłem, że w tych wyglądających na rudery domach mieszkają bardzo bogaci Sycylijczycy, rzeczywiście z tych obdrapanych bram wychodzili elegancko ubrani ludzie i wsiadali do jeszcze droższych samochodów. Historia, jak i współczesność sprawiają, że ludzie wciąż nie mają poczucia związku z tym co nie jest ich własnością. I tak np. choć dumni są ze swojej ziemi, to nie czują się odpowiedzialni za własność społeczną, która w przeszłości zawsze należała albo do wroga albo najeźdźcy albo mafii… Stąd domy są wewnątrz schludne i zadbane, oni sami są czyści i pachnący, a ulice i elewacje domów są brudne i odrapane, dodatkowo gdzieniegdzie porzucona padlina psa czy gołębia.
Na każdy kroku spotykaliśmy Polaków, język polski rozbrzmiewał częściej niż niemiecki czy angielski – przy najmniej mam takie wrażenie.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Mgła

Polecieliśmy na urlop na Sycylię. Z tym zamiarem zanosiliśmy się już od dawna, M. odkąd pamiętam robił mi dziurę w brzuchu próbując przekonać mnie, że Sycylia to słodko pierdząca wyspa, cudna zwłaszcza pod kątem kulinarnym, bo największe włoskie przysmaki pochodzą właśnie stąd. Akurat zbliżały się jego urodziny, na dalekie, transkontynentalne wojaże szkoda było mi pieniędzy, poza tym liczyliśmy się z wydatkami z okazji zbliżającego się wielkimi krokami wesela więc pomysł Sycylii narzucił się sam.

Siedzieliśmy już sobie wygodnie w samolocie do Katanii, gruchając jak dwa gołąbki, racząc się winkiem tudzież szampanem, gdy pilot oznajmił nam, że z powodu gęstej mgły powinniśmy spodziewać się lekkiego opóźnienia. Mało się tym przejęliśmy zwłaszcza za sprawą miłej pani w Edelweiss, która cały czas pilnowała, by nasze kieliszki nie pozostawały puste. I tak oto lot minął miło, bezstresowo i w bardzo przyjemnej atmosferze, razem z M. tryskaliśmy humorem ciesząc się na czekającą nas niebawem przygodę. Schody zaczęły się później… W Katanii mgła wcale nie opadła dlatego nieplanowanie wylądowaliśmy 200 km dalej, w Palermo skąd specjalnie zorganizowanym autobusem mieliśmy dojechać do miejsca przeznaczenia. Prawie dwie godziny po przylocie, obstawieni bagażami wciąż czekaliśmy na jakąś informację co dalej z nami będzie, bo autokaru czy kogokolwiek z obsługi Swiss ani widu ani słychu. Na moją prośbę M. zaangażował się w misję specjalną i poszedł wybadać ile kosztowałaby nas taksówka z Palermo do Katanii i gdy tylko zobaczyłem, że wraca z uśmiechem od ósemki do ósemki, wyrwałem na szybko dwóch miłych i przystojnych dojrzałych panów z tzw. Familii i zaproooonowałem zrzucić się na ten przejazd bez konieczności zdawania się na łaskę linii lotniczej. Pan kierowca, prosty, młody i jakby przygłuchy Sycylijczyk rozumem nie grzeszyl, za to za 300 euro pędził autem 120-150 km/h jak szalony, że kilka razy myślałem że nas pozabija, a zwolnił dopiero gdzieś 70km przed miastem, bo mgła dała nam we znaki, po prostu ściana mleka i nie dało się szybciej jechać. Na lotnisku w Katanii bałagan i zgiełk, odlatujący pasażerowie mieszali się z przybyszami z Palermo oraz członkami rodzin, które tłumnie zdecydowały przybyć na lotnisko przywitać swoich bliskich. Poodwoływane samoloty, opóźnione woloty, dzikie tłumy, drące się bachory, hałas, zgiełk, wszędobylski smród dymu papierosowego – koszmar. Na szybko załatwiłem nam nocleg w hotelu przy lotnisku, bo nasza wypożyczalnia aut była już niestety zamknięta. Przeszło godzinę zajęło nam znalezienie shuttle busa do hotelu, ale gdy wkońcu dotarliśmy do Hotelu Catania Airport International, rzuciliśmy walizy do pokoju z wodokiem na krematorium to zamówiliśmy sobie odpowiednie duże i mocne drinki i wreszcie zrobiło nam się naprawdę błogo… Rano jedziemy do Ragusy.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

W samolocie do Belfastu

2 tygodnie temu skończyłem oglądać siódmy i niestety ostatni sezon „Good Wife” a dzisiaj rano w samolocie z Londynu do Belfastu spotkałem Christine Baranski. Cóż za miły zbieg okoliczności … Uwielbiam ją w roli Diane Lockhart – niezależnej, pięknej, mądrej, silnej kobiety i tak cudownej czasem zimnej suki kiedy mówiła ludziom co naprawdę myśli! Fantastyczna drugoplanowa rola, aż miałem ochotę ją wyściskać, ale dobre wychowanie i wrodzona powściągliwość mnie powstrzymały żeby nie poprosić ją o wspólne selfie…

Opublikowano podroze | Otagowano , , | Skomentuj

z notatnika podróżnika

W opinii niektórych Uber i Airbnb psują rynek, ale dla wielu przeciętnych ludzi go ubogacają, bo aplikacje mobilne zdobywają świat i nic tego zjawiska już nie zatrzyma. Dobrze rozumiem rozgoryczenie taksówkarzy oraz niechęć właścicieli hoteli, którzy mogą czuć dziejową niesprawiedliwość.

Ludzie kochają jednak nowinki a jeśli jeszcze mogą przy tym zaoszczędzić to zawsze znajdą się chętni żeby wypróbować takie rozwiązanie. Kiedyś latanie samolotem było bardzo drogie i niewielu mogło sobie na to pozwolić, bilety za ocean kosztowały tysiące, ale odkąd weszły tanie linie lotnicze nagle wszyscy zaczęli latać, wszystkich na to stać a wielkie linie lotnicze musiały zmienić taktykę i zacząć konkurować innymi instrumentami, by przyciągnąć czy też raczej zatrzymać klientów.

Taksówka w Auckland z lotniska to BCD kosztuje średnio 80NZD, ale jak trafi się na korki to lekką ręką można wydać 150 i więcej. Przekonałem się o tym raz a potem plułem sobie w brodę za taką bezmyślną rozrzutność. Dlatego ostatnio wracając do domu zamówiłem Ubera i zapłaciłem niecałe 70 i byłem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Przyjechał po mnie jakiś Pakistańczyk, taki z rodzaju bardzo rozmownych. Opowiedział mi że wysłał dwójkę swoich dzieci na wakacje do Pakistanu i kiedy po feriach nie wróciły do szkoły dostał telefon z sekretariatu z zapytaniem, kiedy zamierzają wrócić na zajęcia. Był zbulwersowany że szkoła domaga się ich powrotu skoro to przecież jego dzieci, ale rozmówczyni była nieugięta, zaproponowała nawet zapłacić za bilety lotnicze, bo dzieci muszą wrócić do Nowej Zelandii. Kiedy opowiadał mi że jest z nimi w telefonicznym kontakcie i że ciągle słyszy od nich jak bardzo im się podoba w Kabulu uśmiechałem się tylko pod nosem. Z tego, co się orientuję w Nowej Zelandii nie ma prawa ziemi więc dzieci tam urodzone nie dostają automatycznie obywatelstwa, ale może czegoś nie wiem.

Korzystałem z Ubera w Warszawie i też byłem zadowolony. Miły pan zadzwonił nawet na mój szwajcarski numer, bo nie mógł mnie znaleźć i pewnie wydał więcej na tę rozmowę niż zarobił za przejazd Krucza – Sofitel.

W Kuala Lumpur taksówka na lotnisko kosztuje od 78 do 150 MYR, dlatego żeby wyszło mniej niż więcej zamówiłem Ubera. Wszystko działo sprawnie, dopóki 2 minuty przed przyjazdem kierowca anulował zlecenie, cena podskoczyła do 150 i zniknęły wszystkie dostępne auta. Bywa. Pojechałem zwykłą hotelową, za 150 bo bałem spóźnić się na samolot. Kolejnym razem braliśmy Ubera do Blueboya i wszystko byłoby w porządku gdybyśmy tylko nie musieli tłumaczyć kierowcy drogi, bo biedaczyna zupełnie nie znał miasta.

W stolicy Chile – Santiago aplikacja jest całkiem popularna ze względu na taksówkarzy, którzy przez lata oszukiwania klientów zasłużyli sobie na złe traktowanie. Problem stanowił jedynie weekend, kiedy po ulicach nie jeździł nawet jeden samochód, więc do centrum musiałem jechać zwykłą taksówką.

Opublikowano podroze | Otagowano , , , , | Skomentuj

weekend

W Szczecinie byłem raz w życiu, dawno temu, studiowałem jeszcze, pojechałem tam na romantyczny weekend z jednym takim, z perspektywy czasu mogę przyznać, że gustu nie miałem i stać było mnie na kogoś lepszego, no ale czasem krew nie woda a hormony robią kisiel z mózgu, ale wrzuciłem to do kosza z napisem błędy młodości. Miło wspominam to miasto, wyjście do klubu i dwie lokalne ewenementy wołające na nasz widok „cześć siostry” oraz wieczór w Cafe 22 i Radissona, który zrobił wtedy na mnie piorunujące wrażenie. Dowiedziałem się wtedy, że Szczecin wcale nie leży nad morzem a do plaży w Międzyzdrojach dzieli dystans jakichś 100 kilometrów.

Z perspektywy lat muszę przyznać, że miasto zdziadziało i straciło dla mnie swój urok aż nie chce się tam żyć, na każdym kroku oczojebny prowincjonalizm i hordy niemieckich turystów ubogacających lokalne tandetę i marazm. Ulice pełne malkontentów i jakby nigdy niezadowolonych z życia mieszkańców. Radisson lata świetności ma już za sobą, bliżej mu do zdezelowanej wersji Sobieskiego niż do 4-gwiazdkowego obiektu skandynawskiej marki. Pokoje i wnętrza czyste, ale czas jakby się tam zatrzymał w latach 90., pretensjonalna obsługa i ciężko wzdychające młode kelnerki, na szczęście nie wszyscy są tacy, bo niektóre panie po prostu do rany przyłóż. Miałem szczęście, bo przez cały mój pobyt świeciło słonce i było całkiem przyjemnie. Jakie było moje rozczarowanie, że Szczecin nie posiada Starego Miasta a to, co stanowi Rynek no cóż, urocze na swój sposób, choć sielski to on nie jest. W Galeriach handlowych buractwo i kawiarniano-odpustowe spędy, 20 kilo nadwagi, legginsy, kurtki z futerkiem, torebka Gucci i klapki Kubota – nic dodać nic ująć.

Opublikowano podroze | Otagowano | Skomentuj

M. martwi się o mnie czyli woda na mój młyn…

M. mnie zaskoczył. Z okazji złożenia wszystkich dokumentów w Zivilstandskreis wieczorem wybraliśmy się do Giardino na kolacje przy świecach. Taki mały romantyczny akcent na koniec dnia, żeby uczcić nasz małe nadzwyczajne wydarzenie.

Szczerze, myślałem że skompletowanie wszystkich dokumentów zajmie nam sporu czasu a mnie szczególnie będzie kosztowało wiele stresu i konieczność użerania się z polskimi urzędami, ale okazało się to zadaniem całkiem prostym. Wystarczyła jedna wizyta w urzędzie stanu cywilnego, szczery uśmiech i pani wydała mi od ręki wszystkie potrzebne dokumenty i zaświadczenia. Doszły mnie słuchy o współczesnej wersji Akcji Hiacynt, w którą zaangażowany jest wrocławski USC, ale guzik mnie to obchodzi. Za 3 lata teoretycznie będę mógł posiadać obywatelstwo włoskie i szwajcarskie a do Polski nam się nie śpieszy. Rozmawiając i śmiejąc się przy stole, wspominając wydarzenia ostatnich dni M. przyznał się, że martwi go ta moja martwota i stan zawieszenia, siedzenie w domu i brak aktywności, zachęcał mnie bym czymś się zajął, przypomniał mi o tym co mówiłem rok wcześniej, że miałem plany kursu włoskiego we Włoszech, że chciałem odpocząć i zwiedzać świat, więc czemu teraz nagle siedzę w domu, gotuję, piorę, robię zakupy, sprzątam, oglądam tv i pierdzę w sofę, jak mam pieniądze, niezrealizowane marzenia i mnóstwo wolnego czasu? Jemu szkoda byłoby tak bumelować więc najzwyklej na świecie mi się dziwi. To była muzyka dla moich uszu, upewniłem się czy aby na pewno dobrze usłyszałem i wcale się nie przesłyszałem. Szczerze? Owszem, zasiedziałem się w domu, bo było mi trochę przykro, że większość dalekich podróży odbyłem bez niego, nie chciałem wybierać się w kolejną egzotyczną wyprawę w obawie że, będzie mu smutno, że znowu zostaje sam w domu. Zaraz na drugi M. znalazł mi kurs językowy w Bolonii, będę mieszkał przy rodzinie i przez dwa tygodnie rzetelnie zmuszał do nauki tego pięknego języka..

Jeśli mi się uda w czerwcu polecę na kilka tygodni do Ameryki Centralnej, marzy mi się trasa Meksyk Gwatemala Belize Kostaryka Kolumbia, ale czy do tego dojdzie – nie wiem. Nie mam jeszcze biletu, ale bacznie przyglądam się ofertom. Razem z M. lecimy za dwa tygodnie na Sycylię i Maltę, potem jedziemy do Mediolanu zobaczyć sławną Ostatnią Wieczerzę da Vinci. By zobaczyć to cudo trzeba zapisać z dużym wyprzedzeniem, mieliśmy szczęście bo zdobyłem bilety na jeden jedyny wolny termin w tym roku w maju. Na koniec razem z M&M spotykamy się w Rzymie i w Wiedniu na długi weekend. Teraz jak na ironię modlę się bylebym tylko pracy nagle nie znalazł, bo szlag trafi moje piękne plany wyjazdowe….

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Skomentuj

Przygotowania

Razem z M. wybraliśmy się do Zivilstandskreis w Bernie zacząć załatwiać legalizację naszego związku. Stolica kraju, z czterema oficjalnymi językami i angielskim ogólnie ponoć znanym a kobieta za ladą mówi tylko po szwajcarsku. W takich momentach ręce opadają z bezsilności. Niech mi ktoś jeszcze powie że Szwajcarii ludzie znają języki obce, bo na pewno nie w urzędach. Albo im się nie chce no bo po co…

Dostaliśmy listę dokumentów i zaświadczeń, które musimy złożyć by zarejestrować nasz związek partnerski. Zdecydowaliśmy jednak, że nie zrobimy tego w Bernie tylko w Lugano, bo na samą myśl że miałbym składać przysięgę w języku którego słów nie potrafię wymówić od razu mnie odrzuca. Odpadnie nam pomoc tłumacza, poza tym Ticino jest o wiele ładniejsze i zawsze świeci tam słońce.

Od powrotu z Wrocławia chodzę przeziębiony, zasmarkany i zrezygnowany. Na fali tego podłego nastroju postanowiłem zrobić sobie prezent i kupić bilet gdzieś do ciepłych krajów by mieć jakaś perspektywę. Znowu wybieram się na Filipiny.

Opublikowano emigracja | Otagowano , , | Skomentuj

Niczym królowa w ulu

Atmosfera staje się coraz cięższa. Matka całymi dniami praktycznie przykuta jest do kanapy, z ostentacyjnie rozłożoną noga w gipsie, otoczona – metaforycznie mówiąc – artystycznym nieładem… Dookoła walają się niedbale porozrzucane różnego rodzaju przedmioty, których w każdej chwili mogłaby potrzebować: telefony, leki, jakieś książki, gazety, kule, wypis ze szpitala, program telewizyjny i pilot od telewizora – wszystko na wyciągnięcie reki. Takie jej osobiste centrum dowodzenia skąd wydaje polecenia i komendy, bo niestety rzadko towarzyszy temu słowo proszę. Brzmienie jej głosu jest nieznośne i opryskliwe, szorstkie i takie władcze. Staram się być cierpliwy i wyrozumiały, za każdym razem delikatnie przywracając ją do pionu i wyjaśniając subtelną różnicę między słowami pomoc a wyręczanie się kimś. Niemniej jednak kilka razy musiałem zdusić w sobie urazę i chęć odpowiedzenia jej w podobnym tonie.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że cały ten swój negatywny ładunek emocjonalny (świadomie lub nie) przekazuje babci, która potrzebuje dużo ciepła, życzliwości i pewnie jakiejś terapii jeśli jej stan ma się nie pogorszyć. Niestety babcia głównie może liczyć na krzyki, pretensje i niezadowolenie, stąd więc jak cień tylko snuje się z kąta w kąt i coraz bardziej gaśnie w oczach. Nie trzeba być lekarzem, żeby zauważyć że w bardzo zwolnionym tempie wypowiada swoje myśli. Matka odbiera jej zachowanie jako przejaw złośliwości, lekceważenia buntu i braku chęci rozmowy. Nieustannie ją pogania, okazuje złość i niezadowolenie co w konsekwencji prowadzi do niepotrzebnych konfliktów. Babcia fiksuje, nie śpi, ma zjawy, wygaduje i robi niestworzone rzeczy.

Początkowo ambitnie próbowałem trochę załagodzić całą sytuację, ale dość szybko skapitulowałem, bo nie zmienię 61 letniej kobiety. Dlatego odpuściłem i usunąłem się daleko daleko od huśtawek nastroju, przykrych komentarzy, słownego gradobicia i durnych pomysłów od których człowiekowi otwiera się nóż w kieszeni. Jak na ironię zawsze była taka rozsądna i wyważona, ale teraz wychodzi z niej wszystko co najgorsze i podłe, jest opryskliwa, arogancka, bezlitosna i okrutna. Obawiam się że to dopiero początek możliwości jej charakteru i w przyszłości będziemy jeszcze mieli z nią niemały problem.

Matka od nikogo nie chce słyszeć o jakiejkolwiek pomocy, warczy i nie daje sobie nic powiedzieć, wszyscy którzy próbowali wyciągnąć pomocną dłoń zostali zbesztani i odeszli z niczym, summa summarum odechciewa się człowiekowi cokolwiek proponować w obawie przed słowną chłostą. Wszyscy chodzimy podenerwowani i nabuzowani, każdy nosi w sobie pretensje i niezadowolenie, które nie mają ujścia. Nie dałbym rady wytrzymać długo w takiej atmosferze, a jestem tam przecież tylko przez parę godzin dziennie, współczuję ojcu żyć w tym wariatkowie. Starość jest straszna – mam nadzieję że nie dożyję wieku kiedy przestanę być samodzielny i będę potrzebował czyjejś pomocy.

Pobyt we Wrocławiu nie należał do najprzyjemniejszych, spotkałem się z kilkoma znajomymi, odwiedziłem parę ulubionych miejsc, ale w sobotę przed odlotem odetchnąłem z nieukrywaną ulgą, że rano już mnie tutaj nie będzie i nie będę musiał dalej uczestniczyć w tej rodzinnej szopce.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Z serii ciekawych i niezapomnianych interview

W tygodniu przed wylotem do Malezji znalazłem ogłoszenie o pracy w Düsseldorfie. Stanowisko brzmiało całkiem sensownie, profil kandydata wypisz wymaluj cały ja, na dodatek gigant telekomunikacyjny, olbrzymia międzynarodowa firma, z obietnicą ciekawych wyjazdów – jedyne ale to, że był to chińczyk, więc mogłoby mi być nie po drodze z ich kulturą pracy. Postanowiłem się jednak za wczasu nie uprzedzać i wysłałem swoje cv. Wróciłem właśnie z imprezy z Blueboy gdy zadzwoniła komórka, miła pani z typowo chińskim imieniem Yiting opowiedziała mi po krótce o stanowisku, zadała kilka pytań, zanotowała oczekiwania finansowe i ustaliliśmy, że jeśli klient będzie zainteresowany zorganizuje dla mnie videokonferencję. Na wynik pierwszej rozmowy nie musiałem długo czekać, w poniedziałek dzwoniła już, żeby potwierdzić moją dostępność. Na początku łudziłem się, że rozmowę przeprowadzimy przez skype’a, ale okazało się, że „Make it possible” ma swoje biuro w Bernie i zapraszają mnie do siebie.
Imponujący szklany biurowiec w sąsiedztwie HP, banku i paru innych mniejszych firm, na pierwszy rzut oka typowo korporacyjny standard: recepcja, przepustki, open space, laptopy, tu i ówdzie salki konferencyjne wszystko oczywiście sygnowane logo marki.
Moja przyszła manager w średnim wieku, ok 40 lat, z dłuższymi ciemnymi włosami, elegancka w stylu chińskim, powiedziałbym że wyglądała schludnie i nijako, trudno było mi wyczuć emocje, bo mówiła po angielsku w ten sam jednostajnie bezbarwny sposób, zero emocji.
Słyszałem, że u Chińczyków pracuje się dużo i długo, ale praca od 9 do 18, 2-3 godziny dodatkowo każdego dnia i na dodatek za darmo trochę ostudziły mój zapał, brak możliwości pracy z domu, choćby wieczornej telekonferencji z zacisza własnej sofy – wszystko musiało odbywać się w biurze, nawet laptopa nie pozwalali wynosić do domu. Nie wyglądało to kolorowo. Chcieli żebym zaczął za nie całe 2 tygodnie, ale nie zgodzili się pomóc znaleźć mieszkania czy choćby jakiejś agencji na pierwszy miesiąc. Wspaniałomyślnie potwierdzili najgorsze przypuszczenia, że work-life balance mogłem uskutecznić od piątku do poniedziałku od 21 do 9.
W kółko pytali tylko ile byłbym wstanie dla nich zaoszczędzić, bo mają bardzo wyśrubowane targety, choć sami nie wiedzą jakich używają systemów i aplikacji, kto zarządza polityką, czy planują wdrożyć dostępne na rynku technologiczne rozwiązania, jedyne co chcieli usłyszeć to deklaracje, że pomogę zaoszczędzić im miliony.
Na drugi dzień rano dzwonili, już z zaproszeniem na ostateczną rozmowę w Düsseldorfie.

Odmówiłem. Okazało się, że nie ja pierwszy, przede mną aplikowało już kilku podobnych śmiałków. Żółte, kulturowo upośledzone debile próbują zrobić w Niemczech drugie Chiny i dziwią się, że nikt nie chce u nich pracować.

Opublikowano praca | Otagowano | Skomentuj