Weekendowe Costa del Sol 2

Po tym jak dzień wcześniej przepłaciliśmy za niedosmażoną rybę 60 € przez cały wieczór chodziłem nabuzowany. Jeszcze widok pijanych Angoli na przyhotelowym basenie potęgował mój nastrój niezadowolenia. W nocy pomimo cienkich ścian na szczęście nikt nie ujadał ani nie krzyczał i mogliśmy się wyspać.

M. nie zapomniał zabrać ze sobą naszej elektrycznej mokki przez co o poranku mogliśmy celebrować nasz rytuał porannego espresso. Sala śniadaniowa okazała się halą-fabryką do wydawania śniadań i najpierw trochę mnie to przeraziło ale potem muszę przyznać organizację mieli na tip top, całkiem sprawnie im tam wszystko hulało pomimo tłumów na sali. Niczego nie brakowało, zimny i ciepły bufet przez cały czas uginał się od jedzenia, świeżych owoców, soków oraz napojów a kelnerzy w ukropie uzupełniali braki.

Poszliśmy na plaże wynajęliśmy dwa leżaki z parasolem, za które zapłaciliśmy tylko 10€ i od razu mi się humor poprawił. Miła strzaskana na mahoń Hiszpanka  przyniosła nam jeszcze dwa zimne piwa, które też kosztowały jakieś śmieszne pieniądze i wtedy poczułem, że chyba zaczyna mi się tutaj podobać i nie przeszkadza mi że Torremolinos jest głośne i byle jakie i nie ma nic z klimatu Hiszpanii. Plaża nieciekawa, piasek lekko czarny, za to gorący tak, że drugiego dnia poparzyłem sobie stopy próbując bez klapek dojść do morza. Obsługiwał nas bardzo miły Niemiec, na którego pozostali pracownicy wołali słodko Hasselhoff. Żar lał się z nieba przez cały dzień, smażyliśmy się w słońcu wcierając w siebie duże ilości kremu, przynajmniej ja bo M. jak zwykle był mądrzejszy przez co opalił się w czerwone ciapki.

W hotelu dowiedzieliśmy się, że mamy darmowe obiadokolacje co było bardzo miłym zaskoczeniem, bo po kilku godzinach spędzonych na słońcu burczało nam w brzuchu.

Wieczorem pojechaliśmy pociągiem do Malagi, pokręcić się po krętych uliczkach, zobaczyć Stare Miasto, katedrę i zrobić delikatne zakupy. Wcale się nie rozczarowaliśmy, było bardzo miło i sympatycznie. Muszę przyznać że co jak co, ale jak się tutaj odpowiednio zakręcić to może być naprawdę fajne miejsce na urlop.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Weekendowe Costa del Sol 1

Wyobrażenia miałem o tym miejscu jakieś przejaskrawione, że piękna plaża będzie, szeroka promenada, bujne palmy, hotel pięciogwiazdkowy, pokój z widokiem na morze. Rzeczywistość jednak okazała się być okrutna. Costa del Sol to taki jakby raj dla ubogich, hotele i atmosfera przeniesione rodem z lat 80., szary piasek, w knajpach królują głównie odgrzewane sandwicze, frytki, kiełbaski, pizza i porcje czegoś, owoce morze jeśli są to z cenami wyjechanymi w kosmos, hotele od dawna nie widziały większego remontu, na ulicach watahy pijanych Angoli, wystylizowanych na swój sposób Rosjan i małych, krępych, głośnych niedomytych Hiszpanów. Ci ładniejsi, albo pochodzący z Ameryki Południowej są za pieniądze… Ogólnie drożyzna i wyzysk. Staram się jednak niepotrzebnie nie uprzedzać, bo zostaniemy tutaj krótko. Przez te kilka dni damy sobie radę, ale pewnie z własnej woli nigdy już tutaj nie wrócimy.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Mam dziwne przeczucie, że…

…moja rozmowa o pracę okaże się jak randka z transwestytą: najpierw wymiana komplementów i grzeczności, potem nosio-nosio-eskimosio, fiku-miku, kiziu-miziu i niby wszystko cacy a tu nagle ch..j.

Opublikowano praca | Otagowano | Skomentuj

Dzień świstaka c.d.

Ten dzień miał swój ciąg dalszy… pojechałem do Zurichu. Wyjechałem 3 godziny wcześniej żeby spokojnie dotrzeć na umówione spotkanie. Mało mi się uśmiechało wbijać w garnitur w taki upał, ale jak trzeba to trzeba więc bez zbytniego marudzenia zawiązałem grzecznie krawat pod szyją. Pociągiem dotarłem na HB skąd tramwajem w 20 minut dotralem do Uetlihof nim zacząłem się na dobre przegrzewać i roztapiać. Pierwszy etap misji zakończony całkowitym powodzeniem. Niki z HR która dzwoniła do mnie z UK zarezerwowała dla mnie salkę konferencyjną i umówiła spotkanie z dyrektorem z Nowego Jorku. Na miejscu byłem 20 minut przed czasem akurat żeby spokojnie zarejestrować się na recwpcji, znaleźć salę i w ogóle. Powitanie, wymiana uprzejmości i standadrowe pytanie o cel wizyty wszystko odbywało się według schematu. Schody zaczęły się gdy okazało się, że nie jestem pracownikiwm CS i nie mam przepustki, zaczęli pytać mnie o osobę kontaktową. Z dwóch osób których nazwiskami dysponowałem pierwsza pracowała w Warszawie a Niki okazała sie pracować …w Makati na Filipinach. Zwiódł mnie brytyjski numer telefonu z którego do dzwoniła. Strażnik nie dał się przekonać dlatego nIe czekając długo wybrałem numer Niki. Rozmawiała ze mną krótko a po chwili poprosiła do słuchawki strażnika. Jak w każdej wielkiej firmie czy instytucji finansowej procedura wejścia do budynku jest jednakowa, należy mieć kartę albo osobę kontaktową która przez cały czas wizyty będzie opiekowała się wizytującym gościem.

Standardowo recepcjonista kontaktuje się z odwiedzanym pracownikiem i przekazuje informację kto do niego przyszedł i ewentualnie w jakiej sprawie. Pracownik wyraża zgodę na wpuszczenie gościa lub schodzi po niego do recepcji. Pracownicy ochrony mają obowiązek sprawdzenia czy gość skierował się do odpowiedniego lokalu itd.

Niki dała ciała bo okazało się że nie ma tam nikogo, kto mógłby mnie odebrać. Próbowała, ale bez skutku. Zniesmaczony wróciłem do domu. Po prostu nie wierze że takie rzeczy dzieją się w Szwajcarii.

Opublikowano praca | Otagowano | Skomentuj

Dzień świstaka

Było już po 17., gdy z popołudniowej drzemki wyrwał mnie ostry dźwięk przychodzącego maila. Obiad był syty, M. otworzył butelkę barolo, a że na zewnątrz od kilku dni utrzymuje się nieznośne 30 kresek powyżej zera, niewiele było nam trzeba by nas zmogło. Nagle nabrałem rumieńców i niespodziewanie zasnąłem wtulony w niego na kanapie. Przyszło zaproszenie na interview do eB na jutro na 12. Trochę kolidowało mi to z interview o 17, ale przy dobrej organizacji mogłem przecież zaliczyć dwa spotkania jednego dnia. Ucieszyłem się podwójnie i na nowo zacząłem widzieć wszystko w tęczowych kolorach. Rano wstałem o 8. zrobić nam kawy, otworzyłem pocztę i znalazłem mail, że spotkanie w Bernie zostało jednak anulowane. Nie było podanego powodu ani czy skontaktują się ze mną w innym terminie, trochę dziwne, ale mało rzeczy mnie już dziwi w mojej dawnej firmie. eB jak to on, niewiele się zmienił, chaos w pełni, wysyłają zaproszenie na interview, po czym niespodziewanie, bez podania powodu je anulują. Zero profesjonalizmu. HR zamiast skontaktować się z kandydatem telefonicznie woli o 17. wysyłać zaproszenia na spotkanie następnego dnia, nie pytając kandydata nawet o dyspozycyjność. Podejrzewam, że głupie HR Shared Service narzucają spotkania kandydatom przeglądając dostępność managerów w Outlooku, a po fakcie okazuje się, że ci jednak są zajęci, więc trzeba anulować. Brak słów.

Nie przejąłem się tym zbytnio, dokończyłem robić nam śniadanie i zacząłem koncentrować się na czekającej mnie rozmowie w Zurichu.

Około południa odezwała się do mnie B. – koleżanka z recepcji w eB – komentując dziwne zachowanie naszego HR. Właśnie wpadł jej w ręce mail dotyczący planowanego interview gdzie padło moje nazwisko. Jej uwagę przykuło, że spotkanie organizowane było w Amsterdamie. B. nie była wtajemniczona w moje plany dlatego do końca nie wiedziała czy może taka była umowa między mną a kadrami. Przypadkiem uprzedziła mnie o zbliżającym się nowym terminie spotkania… Niecały kwadrans później ciszę przerwał dzwonek telefonu i miła pani oznajmiła mi, że zostałem zaproszony na rozmowę w środę. Pamiętając jeszcze spostrzeżenie B. dla pewności spytałem z kim i gdzie mam się spotkać. Nazwisko się zgadzało, sala konferencyjna tylko brzmiała mało znajomo, ale nie dałem po sobie poznać, że coś mi się nie zgadza. Powtórzyłem dla pewności nazwisko managera, nazwę sali i miasto Berno. I wtedy pani mnie poprawiła, że spotkanie jest w Amsterdamie… Zapytałem czemu w Amsterdamie? I wtedy chyba na nowo pani zaczęły pracować zwoje w mózgu, bo przeprosila mnie i zaproponowała, że oddzwoni za moment. Pani ewidentnie potrzebuje wakacji…

cdn

Opublikowano praca | Otagowano | Skomentuj

Zamki na piasku

To co wydawalo się tylko zwykłą formalnością, nagle wyrosło na ogromny problem. Kilka dni temu pojawiłem się w Fremdenpolizei, by zgodnie z obowiązującym prawem przedłożyć akt ślubu i przy okazji przedłużyć swoje pozwolenie na pobyt w Szwajcarii. Wszystko szło jak z płatka, dopóki urzędniczka nie zapytała mnie o kontrakt o pracę, którego nie miałem… Kilka pytań z czego żyję, od kiedy trwa ta sytuacja, o powód odejścia z poprzedniej pracy i wysokość pobieranego zasiłku i miła pani zwróciła mi wszystkie formularze oznajamiając, że zmieniła się moja sytuacja, więc urząd musi na nowo rozpatrzyć zasadność przyznania mi prawa pobytu w tym kraju. To, że nasz ślub odbył się raptem tydzień temu też wyglądał podejrzanie, wcale mi nie pomogło a wręcz wywołało większe zdziwienie na twarzy urzędniczki. Poprosiła mnie o całą listę dodatkowych dokumentów, zaświadczeń i opini zaświadczających powód, dla którego miałbym zostać tutaj następne 5 lat i pobierać ogromny zasiłek, który nota bene jest większy niż jej pensja. Nie musiała nic więcej tłumaczyć, jej spojrzenie mówiło wszystko. Wyszedłem na darmozjada żyjącego na koszt ich państwa. Skruszony opuściłem budynek urzędu i przekląłem siarczyście, bo w ogóle się tego nie spodziewałem. Mieszkam tutaj 10 lat i wiem jak skrupulatni i upierdliwi potrafią być szwajcarskie urzędy, ale myślałem, że skoro mam ślub, to pozwolenie na pobyt dostanę bez żadnego ale. Pomyliłem się…
M. pociesza mnie, że nic nie mogą mi zrobić, mogą sobie prosić o dodatkowe dokumenty, ale suma summarum prawo jest po mojej stronie, a że nie pracuję i żyję z pieniędzy z ubezpieczenia, to zasługa ich prawodastwa. Gdybym nie był zobligowany do zarejestrowania się jako bezrobotny, to wcale bym tego nie robił, ale tutejsze prawo nakazuje inaczej.
Jeszcze tego samego dnia spłodziłem długie uzasadnienie swojego podatnia, dołączyłem całą stertę dokumentów, wydruków, zaświadczeń i kopii dokumentów, zapakowałem do koperty i wysłałem do Urzędu. Teraz czekam na ich ruch…

W międzyczasie odezwali się z CS i na tapetę powrócił temat pracy w Warszawie, zaprosili mnie na videokonferencje do Zurichu i dziś tam jadę.

Równolegle trwają rozmowy dotyczące szansy mojego powrotu do eB.
M. namówił mnie, abym schował dumę do kieszeni i spróbował tam wrócić. Nie przyjmuje na razie jakichkolwiek innych argumentów. Polska jest dla niego ostatnim krajem, w którym chciałby zamieszkać.
Wiem, że ma sporo racji. Powrót do eB nie jest najgorszym rozwiązaniem, bo stanowisko choć niższe, nie rokujące kariery, praca odtwórcza i nudna, to przynajmniej wskoczyłbym do dobrze znanego mi już bagienka i kultury pracy, zaczął pobierać wcale niemałą pensję i rozwiązałby się problem mojej zbyt długiej przerwy w życiorysie, który z każdym miesiącem coraz bardziej zaczyna razić. Byłbym skłonny do powrotu i byłby to ukłon w stronę M., ale przemyślałem to i byłoby to rozwiązaniw na góra rok czy dwa. Odkuć się finansowo, zainwestować pieniądze i spieprzać stąd jak najdalej. Wymyśliłem sobi, że moglibyśmy spędzić ten czas z M. na podszkoleniu się w językach, odłożeniu paru groszy na mieszkanie i jego wyśniony własny biznes we Włoszech a potem zacząłbym rozglądać się za czymś dla siebie. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, kariery w eB na pewno już nie zrobię, jeśli nawet nie cofnę się w rozwoju, ale trudno jest mi przekonać M. do innego rozwiązania. Przez te kilka lat mógłbym spróbować go urobić i lepiej przygotować do ewentualnej zmiany kraju a czy docelowo Niemcy czy Warszawa? Pod kątem mieszkania i znalezienia jemu zajęcia nie ma drastycznej różnicy.

Ale póki nie mam niczego w ręku, na  razie wszystko jest tylko gdybaniem i pisaniem palcem na wodzie.

Opublikowano emigracja, praca | Otagowano , | Skomentuj

Niepewność

…mną targa. Żyję w zawieszeniu od kilku dni, bo okazało się, że może nie będę mógł zostać w Szwajacarii, Urząd Emigracyjny- Fremdenpolizei z miejsca cofnął mój wniosek o przedłużenie pobytu i zażądał tak wielu dodatkowych dokumentów że aż złapałem się za głowę. Gybyby nie pieniądze z ubezpieczenia myślę, że byłoby łatwiej, ale że dostaję tyle forsy za nic, kłuje to innych po oczach. Napisałem odwołanie, ale nie wiem czym przyniesie to zamierzony skutek.
Rozmowy się toczą, choć przyznam trwa to długo i jest opornie. Czuję się jakby zawieszony, bo na żadną z decyzji nie mam wpływu, próbuję wpłynać na innych, ale przecież mam swoją dumę i honor, niektóre rzeczy nie przejdą mi przecież przez gardło. Na dodatek za tydzień wszyscy wyjaltują do Indii, ja będę nadal trwał w zawieszeniu i chyba zwariuję z tej niepewności.

Opublikowano emigracja, praca | Skomentuj

Na dobę przed Wielkim Dniem…

Wstałem rano i zrobiłem nam kawy. Od wczoraj boli mnie gardło, niby nałykałem się pastylek strepsils, ale wciąż czuję jakby coś piłowało mnie w gardle. Co chwilę muszę odchrząkiwać, bo inaczej mówię z dziwną chrypką. Mam tylko nadzieję, że w najważniejszym momencie nie stracę nagle głosu – pomyślałem i szybko ogoniłem tę myśl, po czym na pół jeszcze zaspany poczłapałem w kierunku kuchni. M. zszedł po samochód kiedy pośpiesznie wrzucałem nasze rzeczy to walizki. Kupiony w Rzymie elegancki garnitur od kilku dni dumnie wisiał na framudze drzwi przypominając, że to wielki dzień wydarzy się już niedługo. W Szwajcarii czwartek był dniem wolnym od pracy, dlatego wyjeżdżając zbyt późno ryzykowaliśmy, że utkniemy w wielokilometrowym korku przy wjedzie do Tunelu Świętego Gotarda.

Ostatecznie nie było źle, w korku utknęliśmy jedynie w okolicach Lucerny, a potem droga minęła już prawie bez przeszkód.

Novotel Paradiso sprawił nam miłą niespodziankę, przydzielając nam olbrzymi suit z widokiem na Lugano. Pomyślałem, że nawet dobrze się składa, bo posiadanie dwóch osobnych łazienek, dwóch pokoi i większej przestrzeni sprawi, że przynajmniej nie będziemy na siebie ciągle wpadali, wzajemnie pośpieszali czy jakkolwiek działali sobie na nerwy.

Ticino przywitało nas słoneczną pogodą, było przyjemnie ciepło ale wcale nie duszno.

Opublikowano podroze | Otagowano , , | Skomentuj

Dopóki starczy sił…

… ile razy otrzymuję negatywną odpowiedź w sprawie pracy, powtarzam sobie niczym mantrę, że nie ma sensu żałować naszych życiowych wyborów, bo w momencie kiedy je podejmujemy, to wydają się najlepszymi decyzjami, a przecież nie jesteśmy w stanie przewidzieć ich konsekwencji.

Tkwię w stereotypach nie ważne czy siedzę bezczynnie w domu, pracuję, chodzę w garniturku, podróżuję, szukam pracy, robię zakupy czy planuję. życie stało się gonitwą. Ciągle szukam czegoś więcej i to przeraża. Ani pieniądze, ani kolejne mieszkania, złote karty, piękne przedmioty, ani kariera wcale nie przyniosły mi szczęścia ani spełnienia. Może za wyjątkiem podróży i M… Na początku wszystkiemu temu towarzyszyło bardzo przyjemne uczucie, ale im wyżej wchodzi się po drabinie, tym większy stres i tym mniej życia w życiu. Dawne przemyślenia dopadają mnie na nowo i jakby z większą intensywnością – zmienił się tylko powód.

Staram się trzymać z dala od ludzi głupich złośliwych, zazdrosnych i małostkowych. Z upływem ostatnich miesięcy przestałem być odporny na komentarze i głupio mądre porady od „go ahead be tough zwizualizuj swoją przyszłość” osób z portali społecznościowych, imprez towarzyskich, wszystkich pseudo znajomych, którzy na wszystko mają gotową receptę, pozjadali wszystkie rozumy i prowadzą „very cool” życie, nie mają żadnych wątpliwości, zakrętów w życiu, minimalnych zawirowań czy gorszych okresów, ślepych uliczek i jakichkolwiek traum, mogą gardzić każdym komu nie idzie zbyt dobrze, bo przecież sam jest sobie winien. Sypią jak z rękawa pomysłami i głupio mądrymi poradami: jak się podnieść z depresji, wiadomo, trzeba wziąć się w garść. Nie masz pracy, znajdź nową. Jak wyjść z długów? Też wiadomo, trzeba wziąć się do roboty. Jak nie czuć się samotnym? Ha, wiadomo, trzeba po prostu kogoś poznać. Ich ego i przekonanie o własnej nieomylności jest, niestety wprost proporcjonalna do prezentowanej ignorancji.

Odkąd moje życie zawodowe przestało być kolorowe, powróciło czarnowidztwo najbardziej w świecie boję się oceny i wyroków ferowanych przez takie właśnie okrutne, pozbawionych empatii ludzi.

Dopiero gdy wszystko się ułoży nie będę nawet pamiętał, że mogłem przejmować się zdaniem takich osób. Fachowo nazywa się to chyba syndromem ofiary: człowiek liczy się z tym, co ludzie gadają. Wstydzi się i kłamie na potęgę.

Opublikowano praca | Otagowano , | Skomentuj

Campionato mondiale della pizza 2017

Był to pierwszy raz kiedy w związku z jego pracą, robiliśmy coś naprawdę wspólnie i muszę przyznać, bardzo mi się to doświadczenie podobało. Ostatni raz w gastronomii pracowałem chyba na studiach w Stanach i wspominam ten okres z sentymentem. Praca fizyczna czasem bardzo uszlachetnia. Pamiętam tylko, jak buntowało się moje ego, gdy zakładałem białą koszulkę z napisem pomocnik pizzaiolo… Z drugiej strony przecież tylko do tego, ograniczała się tutaj moja rola, przede wszystkim chodziło by pomóc M, dopingować go i o ogólną dobrą zabawę. Dumę pokornie schowałem więc do kieszeni.

Konkurencja była spora, prawie 1000 uczestników w samej tylko kategorii pizza classica. Wśród pozostałych kategorii można było wziąć udział jeszcze w stile libero, pizza senza glutine, in teglia, napoletana, in pala, pizza piu larga, a due i pare innych.

Przez cały dzień otoczeni byliśmy włoskimi smakołykami oraz tłumem ludzi przygotowujących swoje konkursowe dzieła, rozkładających na specjalnie ustawionych, długich stołach swoje produkty albo wcześniej przygotowane specjały, w wolnych chwilach podglądających pokazy innych mistrzów – pierwszy raz widziałem z bliska targi tej branży i naprawdę wszystko robiło niesamowite wrażenie.

M. przydzielony został numer 744 i tak naprawdę swój pokaz zaczynał dopiero za dwie 3 h. Jak zwykle był bardzo dobrze zorganizowany, przygotował wszystkie składniki już w domu a ja miałem za zadanie pilnować jak oka w głowie naszej przenośnej lodówki.

Z zaciekawieniem przyglądałem się naszej konkurencji i muszę przyznać, że niektóre pizzę wyglądały naprawdę apetycznie, czasem denerwowała tylko cała forma prezentacji i nienaturalny przesyt. Niektórzy, moim zdaniem, przesadzili z formą nad treścią. Wypieczone pizze otoczone były np. całą kupą owoców, sushi, mięsa albo warzyw. Inni stawiali na bardzo oryginalne formy prezentacji typu pizza podawana na taczce, otoczona szyszkami i gałęziami albo szopka bożonarodzeniowa z figurkami. Nie wiem tylko czy jezusek był na pewno jadalny.

Gdy wreszcie wywoływano nasz numer sprawy potoczyły się bardzo szybko. M. zaczął przygotowywać swoją pizzę i tłumaczyć pierwszemu sędziemu z jakich składników się składa, jakich użył produktów do zrobienia ciasta a ja na ten czas dostałem bojowe zadanie, by upewnić się, że jego kieliszek wina nie jest pusty. Gdy pizza była gotowa i wyciągnięta z pieca podeszliśmy do następnej grupy sędziów zaprezentować im nasze małe dzieło. Pamiętam tylko, że widziałem swoją twarz w olbrzymim telebimie jakby z profilu i próbowałem ustalić jak mam się odpowiednio ustawić i gdzie patrzeć, żeby dobrze wypaść w telewizji i na zdjęciach.

Potem musieliśmy podejść do kolejnego stolika i pozwolić ostatniej czwórce sędziów na degustację a ja w tym czasie miałem polewać im do pełna. Niby taka prosta rzecz, ale oczywiście zacząłem od pana sędziego zamiast od jedynej kobiety w tym gronie za co M. zrugał mnie spojrzeniem.

Ostatecznie zdobyliśmy 740 punktów i uplasowaliśmy się w pierwszej światowej 30. a w Szwajcarii w pierwszej trójce!

Opublikowano podroze | Otagowano , , | Skomentuj