Nie wziąłem urlopu od środy, bo łudziłem się, że zrobię co ma zrobić do wtorku, zamknę miesiąc, wyślę raporty z rozliczeń międzyokresowych, sam lajcik, drobnicę zostawię sobie na środę i że w ogóle będę mógł pracować cały dzień z domu a w tzw. między czasie będę się pakował na samolot. We wtorek miałem lekki szał cipy w biurze, bo koleżanka z Niemiec postanowiła oświecić mnie swoim nowym projektem rozliczania VATu z datą wprowadzenia go w życie na wczoraj. U nas w firmie to korporacyjny standard, że najpierw coś się w życie wprowadza a później się o tym wszystkim ludzi informuje i szuka rozwiązań wiec zły nie byłem. Musiałem tylko przysiąść i stworzyć listę 100 powodów, dla których wprowadzić tego się "není možné" od tak zaraz a zwłaszcza w tak krótkim czasie. Ale żeby nie było, że jestem mało korporacyjny, nie jestem elastyczny i podchodzę do każdego projektu sceptycznie i bez entuzjazmu musiałem upewnić się, że argumenty będą łatwe do przełknięcia, ale zarazem wystarczające silne i przekonujące dla tych, którzy pociągają na górze za sznurki i zyskam dla siebie więcej czasu...
W środę od rana klepałem w laptopa odpowiadając na maile, podczas gdy M tego dnia miał akurat wolne dlatego trochę źle się czułem, że nie spędzamy tego dnia jakoś inaczej. Chwilą odskoczni był lunch z M w Punkcie na tajskim jedzeniu, podczas którego wpadł nam do głowy świetny pomysł. W ogóle to po 5 latach przepracowanych w firmie dostałem dodatkowo 4 tygodniowy płatny urlop, który muszę wykorzystać do lipca przyszłego roku. Miałem ambitny plan wyjechać z M na te kilka tygodni do Nowej Zelandii, ale odstraszają mnie ceny biletów i ogólnie sama podróż, latanie w cargo mnie zniechęca, bilet w klasie biznes kosztuje od 7 tys euro w górę, za mile się nie da. Dlatego wymyśleliśmy, że można by dolecieć gdzieś na Zachodnie Wybrzeże albo Japonii a stamtąd wykupić Air pass po wyspach Pacyfiku: Hawaje – Tahiti – Fidżi - Samoa - Mikronezja – Wyspy Cooka. Dostałem prawie orgazmu nad miską mojego pikantnego Kai Kolae z kurczakiem jak zaczęliśmy tę naszą wyprawę wspólnie wymyślać...
Nim doleciałem do Frankfurtu padł mi telefon i zdąłem sobie sprawę, że dziś bez komórki niewiele można zrobić. Chciałem powiadomić brata, że wylądowałem, ale żeby połączyć się do internetu trzeba wstukać kod który przychodzi na komórkę, jego numeru telefonu nie znam na pamięć bo przecież mam wpisany do listy kontaktów w... komórce i tak po prawie 15 latach przyszło mi przeprosić się ze zwykłą budką telefoniczną i aparatem na monety, ale za to z jakim sentymentem wykręcałem numer telefonu do domu.
W samolocie spałem jak dziecko, całe bite 8 godzin, rozłożyłem płasko wygodnie fotel, przykryłem się kocykiem, nałożyłem opaskę na zmęczone ślipia i przespałem praktycznie całą podróż co miało swoją dobrą stronę bo aklimatyzacja po przylocie do Argentyny przebiegła nadzwyczajnie szybko.
Buenos Aires wydaje się bardzo europejskie niż się tego spodziewaliśmy, w ogóle nie czuję jakbym wyjeżdżał z Europy, wszystko przypomina mi tutaj Hiszpanię, może oprócz tego ze trudno jest się gdziekolwiek dogadać po angielsku. Miasto o tej porze roku, pełne jest słońca, które daje nam popalić, co czuje już dzisiaj na karku. Olbrzymie XIX-wieczne gmachy kamienic, dostojne pałace licznych banków, przepyszne teatry i zabytkowe kościoły, niby Paryż, niby Madryt, niby wielka metropolia, ale bez amerykańskiego, agresywny sznytu. W czasie długiego leniwego spaceru obejrzeliśmy większość najważniejszych budynków i placów w centrum, nie wyłączając słynnego Różowego Domu, siedziby prezydenta, z której balkonu do tłumów przemawiała “Towarzyszka Evita” a potem śpiewała Madonna.
Na ulicach chaos i zgiełk, ruch uliczny rządzi się własnymi zasadami, przechodnie stanowią dodatek, który usiłuje przeżyć, przechodząc przez ulice trzeba patrzeć w prawo, w lewo i do góry i na dół. Istnieje w tym wszystkim jednak niewytłumaczalna płynność i zgodność...
Lokalne restauracje i bary na pierwszy rzut oka przypominają typowe mordownie - na wejściu olbrzymi gril, stoły przykryte ceratą, dziki tłum ludzi i kelnerzy, którzy zależnie od własnego widzimisie bywają albo bardzo upierdliwi albo bardzo szarmanccy. W sklepach i restauracjach daje rade dogadać się mówiąc po włosku, choć mój brat usilnie stara się mnie przekonać, że mówienie w języku Carventesa jest bardzo proste: Vamos insieme czeniamos, facziamos cocktailos fortes con lombrellones e najebamos tutes noczes come dos desperados Polacos...
Niektóre dzielnice słyną z targów staroci, które odwiedzają tysiące turystów. W upalnym słońcu przedzieranie się przez stragany pełnych wszelkiej maści gratów i rupieci, które tutaj nazywa się starociami bądź antykami jest zajęciem męczącym: kryształowe kiczowate wazony, szydełkowe obrusy, zaśniedziałe sztućce, ramy luster, stoły na trzech nogach, kotary...
Miasto wielokulturowe, ale na ulicach dominują białe twarze zapewne za sprawą potomków europejskich imigrantów.
Mieszkańcy są bardzo ciepli, życzliwi, uśmiechnięci. Niestety Argentynki nie mogą się równać z Brazylijkami albo Wenezuelkami pod żadnym względem - przysadziste i z odstająco wypiętym dupskiem. Mocno tak sobie... Faceci są przystojni, czasem trochę niedogoleni, ochoczo demonstrujący parudniowy zarost i owłosiony tors, trochę też jakby nieodmyci, z dłuższymi lekko niechlujnie rozpuszczonymi włosami – kilka razy mało nie potknąłem się o własną erekcję...
Tydzień temu w Londynie poznałem osobiście nową Account Manager odpowiedzialną za brytyjski rynek. Gdy w hotelowym lobby porozumiewawczo pomachała w moją stronę ręką jakaś nieznajoma starsza pani nogi się pode mną ugięły...
Całe następne kilka godzin toczyłem wewnętrzną walkę, żeby się zbytnio do niej nie uprzedzić i nie dyskryminować z powodu zaawansowanego wieku, ale już gdy do mnie człapała żeby się przywitać a potem wypowiedziała pierwsze kilka zdań wiedziałem, że ta żona dzwonnika z Notre Dame to zupełnie nie mój klimat a praca z nią będzie utrapieniem. Na kolacji u Turka, gdy pierwsze emocje nieco opadły nie było lepiej, jej towarzystwo mnie męczyło, rozmowa wcale nam się nie kleiła i przeczuwam, że nie będzie to osoba, z którą praca będzie sprawiać mi przyjemność... Nie chcę wyjść na wyrachowanego ignoranta, więc dam jej szansę, ale planuję się seniorce bacznie przyglądać i przy najbliższej okazji wymienić ją na młodszy i niepozbawiony ikry model.
Średnia wieku na szkoleniu przekraczała 40 lat, a jedna z uczestniczek miała chyba z 60 lat i niedosłyszała i musiałem improwizować. Biura firmy, którą ostatnio przejęliśmy znajdują się w ogromnym starym magazynie w ponurym Oldham co jeszcze bardziej pogrąża to i tak smutne miejsce, szukając głównego biura i recepcji miałem okazję zobaczyć rampę rozładunkową i hale która wyglądem przypominały hale produkcyjne i jeszcze wkoło ci wszyscy robotnicy w uniformach totalna masakra. Przy wejściu nikt się nie zainteresował kim jestem, więc wszedłem trochę nieproszony, w poszukiwaniu żywego ducha mogłem pozaglądać tu i tam: widoki marne, podrapane ściany, stare meble, porozrzucane niedbale i wyglądające na zużyte przedmioty, które czasy swojej świetności mają dawno za sobą. Bieda, syf, kiła i mogiła.
Jakie to szczęście, że nie mieszkam w Manchesterze, gdybym musiał byłaby to kara: wietrznie, dżdżysto, szaro, buro, mokro, wilgotno, podobno rzadko wychodzi tam słońce a pogoda na co dzień zwykle jest właśnie taka jak wtedy - barowa.
Mało wychodziłem z hotelu, za to regularnie widywano mnie w hotelowym barze i to nie za sprawą ciągu alkoholowego a pana barmana z Polski, któremu ewidentnie przypadłem do gustu.
Wreszcie odwiedziłem A. i spędziliśmy wieczór pełen opowieści nadrabiając ostatnie kilka lat.
Ocena roczna w pracy jeszcze trwa, o niefortunnym "strzale w kolano" szefowa wydaje się nie pamiętać.
Kilka dni temu ogłoszono wyniki kwartalne i bonus 125% więc zacieram ręce.
We wtorek wieczorem pakuję się i lecę do Buenos. Bosko.
Dawna nie zdarzyło mi się lecieć samolotem i czuć, że zaraz się uzewnętrznię. W samolocie z Zurychu przerażająco trzęsło a ja nie nie zdążyłem zjeść rano śniadania. Gdy samolot wzbijał się w górę zrobiło się mało przyjemnie, wbiło mnie w fotel, ręką kurczowo ściskałem oparcie siedzenia, nie wiem jak wyglądałem, ale czułem jak krew odpływa mi z twarzy a żołądek skręca się w trąbkę. Nad Zurychem i Warszawą panowały beznadziejne warunki pogodowe, wiele lotów było opóźnionych – nam udało się wylecieć tylko z 30 minutowym opóźnieniem, ale gdy w końcu oderwaliśmy się od ziemi żałowałem, że w ogóle do tego doszło - trzęsło nami potem całą podróż a nad Warszawą nastąpiła prawdziwa kulminacja turbulencji i parę razy prawie sięgałem po papierową torebkę bo czułem że nadchodzi złowrogie kuku i elegancki pan będzie rzygał jak kot. Może gdyby leciał z nami jakiś przystojny steward mógłbym, chociaż na chwilę odwrócić myśli, ale niestety Lot zatrudnia coraz starszy i brzydszy personel pokładowy, którego sposób mówienia pozostawia wiele do życzenia. Może nie jest to najbardziej wdzięczny i prestiżowy zawód w końcu to tylko kelnerka tyle tylko, że podniebna, ale panny które spotykam na lotach obsługiwanych przez naszego narodowego przewoźnika wołają o pomstę do nieba: niemiłe, ponure, stare rury, przaśne, żujące gumę i obrażone na świat.
Nie zawiodłem się za to na moich warszawskich przyjaciołach. Zaplanowali cały dzień tak żeby było trochę ruchu, trochę przyjemności i rozrywki intelektualnej. Wspólnie wybraliśmy się na basen na Bielany, bo od siedzenia za biurkiem mięśnie mi sflaczały, zjedliśmy wspólnie obiad a wieczorem poszliśmy do kina. Byłem niewyspany po nocnym maratonie i w połowie filmu zacząłem podobno chrapać. Pobyt w stolicy udał mi się także stosunkowo... Improwizowane spotkanie z tajemniczym osobnikiem miało swój ciąg dalszy wieczorem, także nazajutrz a potem jeszcze i nocą... W wieczór przed wyjazdem spotkałem się ze innym kolegą, obok którego nigdy nie potrafię przejść obojętnie, bo dysponuje on warunkami fizycznymi na widok, których spodnie same mi opadają. U mnie to już jest chyba nieuleczalne, nic mi nie jest wstanie przemówić do rozsądku, że monogamia jest super i że to złe i niemoralne rozgrzewać się pozadomowo. Przykładów dobrych nie mam a parki które znam typu "papużki nierozłączki", "nosio nosio eskimosio" powtarzające jak mantrę "od kiedy jesteśmy razem my nigdy z nikim innym" ogólnie mnie osłabiają.
Warszawa coraz bardziej mnie przyciąga, choć może bardziej lubię w niej bywać niż gdybym miał tu mieszkać, choć spacerując często przyglądam się nowo powstającym budynkom pod kątem kupieniem kolejnego mieszkania. Marzy mi się taki własny kąt z wysokimi oknami i dużym tarasem albo loggią... żadnego domu ogródkiem, bo wokół domu trzeba łazić. Póki nie zdecyduję co dalej z moim życiem zawodowym nie chcę przywiązywać się zbytnio do żadnego miejsca. Jeśli wypali mój nowy kontrakt wyjadę ze Szwajcarii na kolejny rok czy dwa.
Tymczasem to M wyjechał na urlop, zostałem sam na gospodarstwie i nieźle musiałem się codziennie spinać i dobrze zorganizować swój czas, żeby ze wszystkim zdążyć. Pranie, sprzątanie, prasowanie, zakupy – znowu rozważam zatrudnienie pani do sprzątania. Gdybym mieszkał sam bez pomocy by się nie obeszło albo dawno spakowałbym manatki i wrócił do Polski. Mieszkając z M życie w Szwajcarii jest o niebo prostsze i choćby z tego trywialnego powodu od niego nie odejdę.
W pracy kocioł, do końca miesiąca jestem w rozjazdach prowadząc szkolenia, kursuję regularnie między Londynem Barceloną i Manchesterem, na jeden weekend zawitam do Wrocławia ale potem uciekam gdzieś gdzie trwa lato i jest bardzo ciepło.
Rodzina M jak zwykle bez ceregieli ciągnie od niego kasę. Moja koleżanka, która z niejednym Włochem miała do czynienie poradziła mi żebym odpuścił i przestał się wtrącać i próbować cokolwiek zmienić. W tej kulturze rodzina to głęboko zakorzeniona świętość, jest zawsze na piedestale i nie ma dyskusji - basta.
Przeszły mi też pretensje dotyczące jego zachowania. Wspaniałomyślnie postanowiłem go nie karać i zarezerwowałem już dla nas jego urodzinowy prezent - wyjazd na Mauritius w marcu. Stało się to po rozmowie z koleżanką z dawnej pracy, na co dzień mężatką, która opowiedziała mi o dokładnie odwrotnym problemie ze swoim małżonkiem: jej mężowi w towarzystwie słoma z butów wystaje a dowcipy i uwagi pozostawiają niesmak wśród znajomych. Pewnie gdyby M był akuratny to byłoby nudno, nie kłócilibyśmy się i nie musielibyśmy się nigdy godzić.
główną cechą mojego charakteru jest: niezmiennie potrzeba planowania i dążenie do samowystarczalności
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, uroda
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, uroda
co cenię najbardziej u przyjaciół: że są przy mnie nie za coś a pomimo czegoś, i że rozumieją gdy zdarza mi się im czegoś odmówić
moja główna wada: natura tułacza, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, zblazowanie bo czasem zachowuje się jakbym widział już wszystko więc coraz trudniej jest mnie czymś zaskoczyć, coraz mniej seksoholizm i spontaniczne zakupy
moje ulubione zajęcie: planowanie wyjazdów, spełnianie marzeń, latanie samolotem, surfowanie po internecie, moja praca, pozadomowe rozgrzewające igrzyska za pieniądze
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, zobaczyć wszystko co warte jest zobaczenia, by móc spokojnie skoncentrować się na pracy
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: stagnacja, samotność, choroba, bezsilność, brutalna agresja
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez M i podróży, ubezwłasnowolnienie
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: nie chcę niczego zmieniać
kiedy kłamię: mówię po włosku, angielsku lub polsku
słowa, których nadużywam: no i chuj, wracam do Polski
ulubieni bohaterowie literaccy: Johann Unterweger za spryt i inteligencję
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, Zero, Kristi, Laura, Renate, Lucia, Franco, Vasilka, Kateryna, pazza i Mauerchofer
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, czasem tego co wyprawiam, u innych braku zdecydowania, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów
moja dewiza: chwytaj czas póki go jeszcze masz
dar natury, który chciałbym posiadać: płaski i owłosiony brzuch, oliwkową skórę, brak egoizmu
jak chciałbym umrzeć: jeszcze nie teraz, ale szybko i nagle
obecny stan mojego umysłu: relaks - sam w domu, M w pracy a ja słucham muzyki popijając lampkę białego wina
błędy, które najłatwiej wybaczam: coraz bardziej przesuwam granicę tolerancji
największa porażka: napad w San Francisco, seksualna asceza, szopka z Eurorally, zwolnienie Emanuele
Czas pobytu we Wrocławiu dzieliłem między rodzinę, spotykania z byłymi, starymi znajomymi, przyjaciółmi tudzież zawieranie nowych mniej lub bardziej ekscytujących znajomości, często widywano mnie w barze "Le Louis D'or".
A wyciągnęła mnie na kolację "Pod Papugi", która nieoczekiwanie przeciągnęła się o drinka w hotelowym barze, by następnie zamienić się w regularny clubbing z baletami w tle, w poszukiwaniu zabawy przy dobrej muzyce nie sposób było nie ulec sposobności zaliczenia "wodnej pedałowni". Dwukrotnie wylądowaliśmy w Mananie - miejscu przystanku ostatniej szansy dla tych, którym nie udało się nikogo wyrwać.
Mieszkając w hotelu mój pokój był otwarty jak sklep całodobowy, korzystając z okazji wziąłem udział w kilku "meczach". Zaletą spotykania się z pewnymi siebie ludźmi jest taka, że wcale nie trzeba się spinać, czarować i starać się przypodobać, bo w gruncie rzeczy to oni są najlepsi. Pozwoliłem, więc innym odgrywać farsę zwaną tańcem godowym i prezentować się w stylu jaki to jestem the best, podczas gdy sam w ramach zajęć wyrównawczych mogłem potem brać z nich co tylko chciałem.
Szukając odpowiedniego świątecznego prezentu dla mojej matki trafiłem do Laboratorium SPA. Żeby nie było, że narażam starą kobietę na coś nieznanego postanowiłem wypróbować podarunek piękna najpierw na sobie i dzień przed wigilią na ponad 6 godzin zamknąłem się w przybytku urody i relaksu. Z dala od szarej zimowej aury, pozwoliłem wcierać sobie w twarz przeróżne mazie, ugniatać się gorącymi kamieniami i taplać ciało w algach. Efekt był piorunujący, choć początkowo najbardziej martwiłem się czy oddając się w sprawne i silne ręce masażysty zdołałem skutecznie kontrolować ciało przed reakcją na fizyczną stymulacje. W obawie że, zły dotyk może boleć przez całe życie nie pozwoliłem oddać się w ręce kobiety. Mój ojciec początkowo nie rozumiał mojej decyzji, ale później zreflektował sie, że jego pierworodny ma przecież większą tolerancję na męski dotyk…Przeszedłem piekło manicure w towarzystwie pewnej tipsiary, która wydala się lekko wzburzona widząc zasiadającego obok niej faceta. Skoro baby pchają się do zarządzania firmami, chcą kierować i zarządzać innymi to faceci mają prawo robić sobie pazurki – same sobie zgotowały ten los, równouprawnienie to równouprawnienie.
Uciekłem ze Szwajcarii przed zimą. We Wrocławiu było jesiennie i stosunkowo ciepło, podczas gdy w Bernie spadł śnieg, sparaliżowało lotniska a w niektórych regionach ogłoszono stan zagrożenia lawinowego. Nie lubię zimy, ale byle do końca stycznia...
Na początku maja tego roku przyjęli do nas nowego kierownika biura (stanowisko fachowo nazywa się office manager). Jeszcze w pierwszym tygodniu zostaliśmy sobie przedstawieni i w tym samym dniu wpadliśmy na siebie w kafeterii podczas przerwy na kawę. Wysoki, postawny, 30-latek, o mocnej budowie ciała, regularnych rysach twarzy, z garniturem równiuteńkich białych zębów, kilkudniowym, czarnym zarostem, przyjemnie pachnący, zawsze stylowo ubrany, noszący się często w czarnych, rogowych okularach od prady, fajnie i estetycznie wyglądający ciastek do schrupania, jedyne, co mi w nim przeszkadzało to fakt, że obgryzał paznokcie. Wymieniając zdawkowe uprzejmości mój radar wyłapał pewne elementy, które kazały mi zaszufladkować mojego nowego kolegę do kategorii „facet z rodziny”, miał dobre oko - bezbłędnie rozpoznał markę i model mojego zegarka. Jakoś niedługo potem natknąłem się na niego w męskiej toalecie, wszedł zaraz po mnie, kiedy stałem przy pisuarze załatwiając swoje sprawy, ostentacyjnie opuścił spodnie i bokserki do wysokości kolan, wcale nie przestając ze mną rozmawiać. Nie odrywając od niego wzroku udawałem, że nie robi to mnie żadnego wrażenia, choć kątem oka w lustrze z zainteresowaniem przyjrzałem się jego mięsistym i owłosionym pośladkom. Z czasem na powitanie zaczął wołać do mnie „ciao bello”, co bardziej schlebiało mi niż irytowało, kilkakrotnie usilnie namawiał mnie na wspólny lunch, parokrotnie zaproponował kolacje w swoim mieszkaniu w Zurychu, wciskając mi numer swojej prywatnej komórki podkreślając kilkakrotnie, że to numer prywatny.
Balem się trochę, że z czasem zacznie mnie nachodzić, rzucać kwiatki na wycieraczkę, wąchać śmieci, odstraszać kochanków i łazić za mną jak pies, może zrobi sobie kapliczkę albo ołtarzyk w domu z moim zdjęciem.
W końcu uległem i raz czy dwa poszedłem z nim na lunch w towarzystwie innych osób z biura, trochę żeby mieć to z głowy, bo zaczęły kończyć mi się pomysły na kolejne wymówki. Było w nim coś, co mnie irytowało, sprawiał wrażenie mitomana, który kreuje się na króla życia, gwiazdę europejskich klubów nocnych, bez którego żadna impreza nie ma szans się udać, wiecznie powoływał się na swoje niezliczone rzesze znajomych, kluby, które odwiedzał, gadżety, które posiadał - sztucznie kreował aurę mocno nieprzeciętnego i niesamowitego stylu życia, na każdym kroku podkreślając swoje włoskie pochodzenie, choć swoista naiwność i sposób podejścia do własnych pieniędzy zdradzały jak bardzo był szwajcarski. Trochę się gubiłem, gdy wtajemniczał mnie w tajemnice swojej alkowy z laskami, które wyrywał i dymał na hektary, bo ewidentnie ze mną flirtował, nosił niepokojąco brzmiące imię Emanuel, w pracy został zakwalifikowany przez dziewczyny jako „fajny ale psychiczny” a gdy tylko się o tym dowiedział zaczął ostro dementować wszelkie plotki na temat swojej orientacji.
Lecąc z M w lipcu do Rzymu widziałem, że tam będzie, miałem zaproszenie do jego domu, ale nigdy nie zadzwoniłem ani nie odpowiedziałem na jego smsy. Wpadliśmy na siebie w samolocie z Rzymu. Uprzedzony, że mamy wracać tym samym lotem i w trosce o święty spokój między mną a M, przebukowałem nas do business klasy. Do spotkania twarzą w twarz doszło dopiero po przylocie do Zurychu, podszedł do nas przywitać się, podając mi dłoń próbował przyciągnąć mnie do siebie i pocałować w policzek. Przyblokowałem jego ruch, M od razu to zauważył, przez chwile zrobiła się dziwna cisza, po czym zaczęliśmy rozmawiać o rzymskich wakacjach. Gdy zostaliśmy wreszcie sami M określił go, jako „homo niepewny albo, co najmniej biseptol, bo teraz taka moda, na dodatek bezguście”. Już wcześniej opowiedziałem M o dziwnym zachowaniu mojego kolegi z pracy, więc teraz mógł skonfrontować moje opowiadania z rzeczywistością.
O ile w temacie jakichkolwiek relacji osobistych mogłem trzymać go na bezpieczną odległość 19 cm o tyle zawodowo nie było łatwo, bo upierdliwy był jak mało kto. W kółko do mnie przychodził, po kilka razy pytał o każdą nawet największą bzdurę, głośno komentował jak coś mu się nie podobało, miewał „genialne” pomysły, które puszczałem mimo uszu albo reagowałem z uśmiechem acz stanowczo odmawiając ich wprowadzenia. Nie lubię, kiedy mówi się o mojej pracy „zabawa”, albo że jest głupia i bez sensu. Ze swojej strony nie dawałem mu żadnych forów ani z powodu fajnego dupy, ani z powodu fajnie owłosionego torsu, który czasami ostentacyjnie demonstrował nachylając się nade mną próbując pokazać mi coś na monitorze. Jeśli łapałem go na przekrętach informowałem go od razu, a jeśli to nie skutkowało nie wahałem się angażować jego przełożonych. Facet irytował mnie wpychaniem nosa w nie swoje sprawy, głupio-mądrym gadaniem, utopijnymi pomysłami (chciał żeby wszystkie nasze firmowe hotele miały na wyposażeniu spa) i traktowaniem mnie jak swojego buddy friend.
Kilka tygodni temu przyszedł zapytać jak wynająć samochód na wyjazd do Lugano, po raz kolejny dziesiąty z rzędu dałem mu numer do naszego biura podróży, poinstruowałem, w jakich wypożyczalniach mamy zniżki – pokiwał porozumiewawczo głową, po czym wrócił do swojego biurka i... wynajął auto sam i u innego dostawcy. Pech chciał, że miał wypadek i Europcar ściągnął mu z karty 2 tys. franków na pokrycie szkód powstałych z jego winy. Skontaktował się ze mną natychmiast próbując dowiedzieć się w jaki sposób ściągnąć te pieniądze z naszego firmowego ubezpieczenia. Gdy odkryłem, że auto wynajął samowolnie wysłałem mu swoją opinię, że niestety nasze ubezpieczenie mu tego nie pokryje, musi więc zapłacić ze swojego prywatnego. Odpowiedź-komentarz dostałem niemal natychmiast – „zwariowałeś, ja za to nie zapłacę”. Jako że na jednym mailu się nie skończyło, ja nie mam w zwyczaju tłumaczyć się rzeczy, na które nie mam żadnego wpływu, a on nie planował przestać "szczekać" i demonstrować swojego niezadowolenia moja kolejna odpowiedź poszła w kopii do jego przełożonego sugerując, żeby skontaktował się z działem zarządzania ryzkiem, który ustala zasady naszych ubezpieczeń. Niespodziewanie kilka dni później dostałem smsy „oddawaj mi moje pieniądze" i "ile mam jeszcze czekać". Trochę zdziwiły mnie wtedy te wiadomości, ale byłem akurat wtedy w Malezji zajęty zupełnie innymi rzeczami i po prostu zignorowałem ton jak i formę tych wiadomości szybko zapominając o dziwnym incydencie.
Tydzień temu leżąc z M w łóżku usłyszałem dźwięk przychodzącej widomości. Było już grubo po 23.00 – pytał mnie o limit na kolacje służbową. Byłem zdziwiony, że ktoś wysyła mi sms o tej porze, ale wkurzyło mnie to że rozliczaniem delegacji wcale się nie zajmuję. Po kilku minutach zadzwonił, ale nie odebrałem, zadzwonił znowu, odrzuciłem więc połączenie. Po chwili dostałem wiadomość, że mam natychmiast mu odpowiedzieć. Próbował znowu zadzwonić, więc znowu odrzuciłem rozmowę, wysłał widomość że "udzielanie odpowiedzi na pytania współpracowników należy do moich obowiązków". Pomyślałem wtedy – co za palant. Rano dostałem sms „dziękuję za nieodpowiadanie na moje smsy”
Po przyjściu do biura wysłałem mu maila przypominając, kto w firmie zajmuje się sprawami rozliczeń delegacji i ustalaniem limitów. W odpowiedzi przeczytałem, m.in. że jestem śmieszny i żałosny, że znam odpowiedź tylko nie chce mu powiedzieć, brakuje mi profesjonalizm, bo nie odpowiadam wprost ludziom na pytania tylko odsyłam ich do innych, że ukradłem mu pieniądze i że jestem złodziejem.Łapało mnie przeziębienie, drapało mnie w gardle i kręciło w nosie, nie miałem ochoty na powtórkę z rozrywki i ping-ponga mailowego, dlatego by jednorazowo i skutecznie zakończyć temat odpowiedź przesłałem w kopii do naszych przełożonych, wyjaśniając różnicę pomiędzy moim działem a działem, do którego z uporem maniaka od kilku tygodni próbowałem go odsyłam. Zupełnie niewinnie dodałem od siebie, że może to efekt wrodzonej nadwrażliwości albo gorączki, ale dzwonienie do kogoś o północy w błahej sprawie wydaje mi się mało profesjonalne a jego maile delikatnie mówiąc napastliwe. Na reakcje nie musiałem długo czekać, już w chwilę potem przeczytałem, dlaczego angażuję w nasze sprawy przełożonych i że tego pożałuję. Po kwadransie przeczytałem „że wie kim jestem, że nie jestem już jego przyjacielem, że jeśli go zwolnią to pociągnie mnie ze sobą na dno, i że mnie zniszczy”. Po prostu bełkot oszołoma.
Jego szef przeprosił mnie za dziwne zachowanie i całe zamieszanie. Palant próbował się jeszcze ze mną skontaktować próbując wyjaśnić nasz mały problem, ale nie odbierałem od niego żadnych telefonów, po kilku próbach odpuścił sobie, ale zaraz w kolejnym smsie dał mi do zrozumienia, że mam się zacząć bać. W sumie to nadal nie wiem czy chce mnie przeprosić czy zatłuc...
Nie wtajemniczałem przełożonych w treść wiadomości maili i sms, które dostawałem później, choć spokojnie mogłem pójść z nimi do HR. Niedawno dowiedziałem się, że wyleciał, bo był zbyt pretensjonalny i podpadł paru innym osobom w firmie, położył kilka ważnych tematów i ciągle krzywił się z niezadowoleniem, że musi tłumaczyć się ze swoich decyzji, bo przecież w tytule ma manager i sam wie najlepiej co robi. Mój mail podobno przelał czarę goryczy i pomógł „górze” podjąć decyzje o jego zwolnieniu. Miałem moralnego kaca bo akurat tej nocy przyśniło mi się jak brałem go pod prysznicem...
I tak oto zyskałem wroga na całe życie, w końcu między miłością a nienawiścią przebiega bardzo cienka granica. Na wszelki wypadek wszystkie maile wysłałem na prywatna skrzynkę - gdyby kiedyś niespodziewanie potrącił mnie na ulicy samochod a sprawca uciekl - będą wiedzieć kogo sprawdzić od razu...
Kilka dni w Kolonii a potem w Paryżu sprawiły, że po raz kolejny zacząłem baczniej przyglądać się swojej relacji z M, dochodząc do różnych, ale głównie krytycznych wniosków.
Prawie 20 lat temu, kiedy pierwszy raz w życiu przyjechałem do Paryża i była to moja pierwsza wyprawa na Zachód, wróciłem odmieniony, pełen zachwytu, że gdzieś indziej może być inaczej barwniej i krzykliwiej, wtedy na niewiele z tego bogactwa różnorodności mogłem sobie pozwolić, ale tamto wrażenie, jako nastolatka pozostało we mnie na zawsze. Wtedy też był grudzień, zbliżała się zima i wypadał akurat Mikołaj. Marzyłem żeby kiedyś tu wrócić i móc skorzystać z wszelkich atrakcji, na które przyjdzie mi tylko ochota, żeby było romantycznie, kolorowo i jeszcze by spędzić ten czas z kimś bardzo bliskim. Odczuwałem to trochę jako dziejową niesprawiedliwość że musiałem się ograniczać i mogłem tylko marzyć. No i oto jestem, 20 lat później, mieszkamy w pięknym hotelu w centrum miasta, otaczają nas piękne przedmioty i dodatki, jest luksusowo i jest ze mną M a ja nie odnajduję się w tym "szczęściu".
Może nie ma we mnie już tamtego dziecka zatraciłem wrażliwość młodego człowieka zatarła się bajka, magia i mit.
Mam ochotę mu wykrzyczeć jak byle, jakie jest cokolwiek jest między nami, jak śmieszny i nieznośny mi się wydaje, gdy zachowuje się jak egzaltowany i nadmuchany dupek. Chudy kurdupel z kościstym tyłkiem, który na całym ciele nie ma ani jednego włoska, bo depiluje się staranniej niż baba.
Egzaltowane zachowanie aktorki jest irytujące, tak jak misternie tkane metafory nie mające większego sensu. Czasem mam wrażenie, że stają naprzeciwko siebie dwa światy, dwie kultury które nigdy się nie spotkają i nigdy się nie porozumieją, ludzie dla których te same słowa znaczą zupełnie co innego i kojarzą się z czymś innym. Jestem mocno w niego zaangażowany, ale od czasu do czasu dręczy mnie niepewność, czy dobrze go znam. Porozumiewamy się po włosku, lecz nie mówię w nim w takim stopniu, by wyrażać bardziej skomplikowane myśli i uczucia.
M drażni mnie swoim egzaltowanym i pompatycznym zachowaniem. Na dodatek czuje się wykorzystywany. Pretensjonalnie zachowuje się w sklepie i restauracji, rozmowa i przebywanie z nim przestaje być zwykłą przyjemnością a zaczyna mnie drażnić pozerstwem i manierą. Jeśli idę do restauracji mam ochotę spędzić miło wieczór niekoniecznie szukam dodatkowych atrakcji i okazji do zaspokojenia dodatkowych potrzeb psychologicznych.
Mijamy się rozmawiając ze sobą, jak i rozmawiając o naszych planach. To okrutne, ale mam ochotę powiedzieć mu a chuj - na urlop zostaniemy w domu, czy my musimy trzy razy w roku wyjeżdżać na wakacje za które płace ja. Nasi znajomi, którzy pojechali z nami do Kolonii tez czuli się nie swojo, gdy M trajkotał na okrągło o tym gdzie był, co jadł, co kupił, co widział i gdzie pojedziemy razem za rok. Sztuczne i liche wydaje się to moje przez lata budowane szczęście, wszystko wokoło wydaje się nie mieć dziś sensu. Na dodatek uzurpuje sobie prawo do bycia specjalistą niemal we wszystkich dziedzinach: od kuchni francuskiej, smaku szampana, po kulturę, sztukę i modę.
W marcu z okazji urodzin mamy lecieć na Mauritius i strasznie mnie kusi, żeby pod byle pozorem odwołać ten wyjazd i postawić M przed koniecznością wytłumaczenia się przed naszymi znajomymi, że wyprawy nie będzie.
Prześpię się z tym jeszcze jedną noc może jutro spojrzę na to wszystko inaczej, może to moje urojenia, kompleksy albo przemęczenie pracą i znużenie.
Po przylocie do stolicy Omanu pierwsza powitała nas sieć komórkowa...
Mocnych i niezapomnianych wrażeń przybywającym na Półwysep Arabski turystom dostarczają publiczne toalety: zwykle z dziurą w podłodze, bez papieru toaletowego za to z długim gumowym wężem. O zgrozo, co mogłoby się zdarzyć gdyby przyszło człowiekowi mieć sytuację awaryjną i kierowany wyższą koniecznością skorzystać z takiego przybytku w pozycji kucanej będąc po kilku głębszych...
Tych parę dni spędziliśmy pod znakiem obfitego rozpieszczania podniebienia. Przypadkiem trafiliśmy na przepyszne libańskie specjały i wstyd przyznać, ale zajadaliśmy się nimi do granic obżarstwa.
Jednego wieczoru złapała nas ulewa tak silna, że po kilku minutach ulicami zaczęły płynąć strumienie wartkich potoków. Burza trwała może kilkanaście minut, ale zdołała wyrządzić sporych szkód, utrudnić zwykle przechodzenia na drugą stronę ulicy a wśród przechodniów wzbudzić niezrozumiałą trwogę, bo wszyscy zmuszeni byli brodzić po kostki w wodzie.
Adil – nasz przewodnik, bardzo skory był do dzielenia się informacjami na temat swojo kraju i kultury, swobodnie opowiadał na nasze najdziwniejsze pytania a ja wyczuwając podatny grunt pytałem go o wszystko, czego nigdy nie odważyłbym się zapytać Muzułmanina. I tak dowiedziałem się (ba! nawet zobaczyłem), co nosi się pod diszdaszą (krótkie spodenki), czy młodzi Muzułmanie chodzą na randki (jasne), czy uprawiają seks przedmałżeński (jasne, młodzi faceci często udają się w tym celu do Dubaju), czy piją alkohol (tak, bo jest ogólnodostępny, w naszym Radissonie w barze widziałem Omańczyków w tradycyjnych strojach sączących piwo), gdzie chodzą na balety (Dubaj), jakie filmy puszcza się w omańskich kinach (egipskie komedie i wszelakie bollywoodzkie produkcje), czy używają prezerwatyw i żeli intymnych (tak, widziałem je na półkach na stacjach benzynowych w widocznym miejscu tuż obok papierosów).
W naszym hotelu zatrzymała się obsługa pokładowa Swissa - nieświadomie spędziliśmy ze sobą cały dzień opalając się przy basenie, raz po raz zerkając i mierząc siebie nawzajem wzrokiem, by wieczorem spotkać się znowu przy wejściu do samolotu – tym razem jednak kompletnie ubrani i wypacykowani, a wymieniając zdawkowe powitania czuć było bardzo zabawną konsternację.
Przejechaliśmy Oman wzdłuż morskiego wybrzeża poprzez Wadi Shab docierając aż do malowniczego Sur, zatrzymując się na lunch pod gołym niebem, nad skalnym urwisku gdzie Adill rozłożył wzorzystą matę, na której rozstawiliśmy wcześniej zakupione produkty – lekkie wiaterek, słońce, szum morza, piękny widok po prostu sielanka. Choć podróż w jedną stronę zajęła nam prawie trzy godziny dodatkowo odwiedziliśmy Nizwę i kanion Wadi Nakhr.
Na obiad zatrzymaliśmy się w lokalnej restauracji o podwyższonym standardzie dla turystów serwującej specjały kuchni arabskiej. Z powodu wysokiej temperatury w pomieszczeniu pełno było much gigantów, które bezustannie brzęczały nam nad głowami. Gdy ktoś z obsługi wyjął Raid Pif Paf i rozpylił go tak ze niewidzialna substancja pokryła talerze, szklanki, kubki, sztućce, którymi mieliśmy spożywać nasz posiłek, pospiesznie podziękowaliśmy i ewakuowaliśmy się stamtąd, czym prędzej...
A ten weekend spędzamy z M wspólnie w Koloni i choć leje, wieje i jest nieznośnie zimno zwiedzamy świąteczne jarmarki i nic nam ze złej pogody...
Adil – nasz wynajęty przewodnik przywitał nas rano w hotelowym lobby w tradycyjnej, sięgającej ziemi diszdasze z obowiązkową okrągłą haftowaną czapeczką kumma. Kumma nie jest typowa wyłącznie dla Omanu - nie widziałem takiego nakrycia głowy w innych krajach arabskich, ale spotkałem się z nią 2 lata temu na Zanzibarze.
Po śniadaniu pojechaliśmy na zwiedzanie Muskatu, jednego z nielicznych miast, które zachowało autentyczny urok Orientu. Trasa wiodła przez Wielki Meczet, Muzeum Bait al-Zubair, spacer po nadbrzeżu Corniche z portem, kryty targ suk w Mutrah pachnący kadzidełkami i przyprawami.
Typowa architektura starego Omanu to domy z gliny, parterowe lub jednopiętrowe budynki, z małymi oknami z drewnianymi i misternie rzeźbionymi kratami oraz solidnymi masywnymi drzwiami, bogato zdobionymi a czasem nawet ręcznie rzeźbionymi, nabijanymi ćwiekami.
Kraj wydaje się bardzo malowniczy i atrakcyjny dla turystów. Po nie tak dawnym otwarciu się Omanu na świat tutejsze władze zaczęły promować turystykę, niekoniecznie jednak tą masową – bo na ulicach nie spotyka sie tłumów zarośniętych głośnych i pijanych obdartusów czy półnagich kobiet. Takie podejście z jednej strony ogranicza dostęp do tego kraju mniej zamożnym turystom, z drugiej pozwolić to dłużej zachować naturalną egzotykę tego miejsca.
Zbudowane w niedalekiej przeszłości asfaltowe autostrady Omanu wytyczono wzdłuż dawnych karawanowych szlaków. Tych szlaków strzegą obronne wieże zbudowane zazwyczaj na małych wzniesieniach, górują ponad zielenią daktylowych palm, dominują ponad przesmykami między stromymi zboczami gór.Na terenie meczetu w centrum informacji islamskiej można wypić kawę po omańsku - nalaną z dużego mosiężnego dzbanka do małej, porcelanowej czarki. Podawaną bez cukru, ale za to z wyczuwalnym dodatkiem korzeni. Siedzi się na kobiercach pokrywających podłogę, opierając się plecami o haftowane poduchy i pojadając świeże daktyle albo inne lokalne frykasy o konsystencji mordoklejki...
Alkohol jest ogólnie dostępny, nie tylko w hotelach. Po południu wróciliśmy do hotelu zająć się nic nie robieniem. Dylemat Antygony – prażyć się na leżaku i być gnębionym przez chmarę much albo pływać w ziemnej wodzie w hotelowym basenie, ale nie odganiać się bez przerwy od fruwającego i brzęczącego wkoło robactwa...
Do Rijadu odlatywaliśmy z bramki B60, nieźle zamaskowanej w plątaninie korytarzy, jakby ukrytej jeden poziom pod ziemią frankfurckiego lotniska. Niby podróżnik, swiatowiec i oblatywacz a dwa razy mijałem właściwe wyjście aż w końcu podążając za znakami "akwarium dla palących" dotarłem do miejsca, które wyglądem przypominało bardziej hangar niż terminal na międzynarodowym lotnisku. Niektórzy współpasażerowie wyglądali bardzo apetycznie, nigdy nie myślałem, że młodzi zeuropeizowani Saudyjczycy ze świdrującym i przeszywającym człowieka spojrzeniem mogą wywołać we mnie tak silne reakcje seksualne i stymulować fantazje, zwłaszcza po intensywnej i forsownej nocy, która zasadniczo powinna pozbawiać mnie wszelkich napięć wewnętrznych...
Kolejne spostrzeżenie - w samolocie nie było prawie kobiet, nieliczne leciały z nami do Omanu, do Arabii Saudyjskiej łatają głównie sami mężczyźni. Przy wyjściu z samolotu stewardessy zbierały alkohol i kolorową prasę. Pasażer, który zaryzykowałby znalezieniem przy sobie alkoholu, oraz czegokolwiek, co mogłoby zostać uznane za sprzeczne z zasadami islamu typu publikacje, dewocjonalia inne niż islamskie, mięso wieprzowe, alkohol oraz pornografię musiałby liczyć się z surową karą grzywny, ‘misiem’ w paszporcie, jeśli nie dotkliwszą karą cielesną. W tłumie pasażerów dostrzegłem jedną kobietę, w czarnej abaji, z szalem na głowie, trojgiem dzieci, obwieszona zlotem jak choinka i torebką Louis Vuiton bezsprzecznie oryginalną...
Od dobrych kilkunastu miesięcy próbuje namówić młodszego brata żeby wpadł do nas na weekend, zadanie nie jest to łatwe, bo brat zwany w rodzinie niuńkiem jest delikatnie rzecz ujmując przez rodzinę rozpuszczony i nawet darmowy wikt i opierunek plus bilet na samolot w prezencie od starszego brata nie są wstanie przekonać go do odwiedzenia mnie w krainie Heidi choćby na kilka dni. Jeśli bilet i propozycja weekendu w Lozannie okazały się niewystarczającą zachętą wytoczyłem silniejsze działa i zaproponowałem spotkanie w Omanie, na co mój umiejący kalkulować brat przystał bardziej ochoczo. Bo grunt to wyciągnąć mocny argument...
Wyruszyliśmy wcześnie rano, dotarliśmy właśnie do Rijadu i czekamy na przesiadkę do Muscatu...
W dzieciństwie pamiętam, że zdarzało mi się grać z kuzynami w Państwa-Miasta. Stąd pamiętam, że jedynym państwem na literę O jest Oman...
Zima zbliża się coraz szybszymi krokami, ale tam przyjemnie praży słońce, kwitnie życie, plaża, morze i spacery pośród stylowych uliczek... Lubię morze. Jeśli miałbym kiedyś kupować jeszcze mieszkanie to koniecznie gdzieś nad morzem albo chociaż nad jeziorem, bo widok otwartego akwenu bardzo pozytywnie mnie nastraja. Pięknie byłoby móc zamieszać kiedyś na południu Francji, na razie mogę jedynie migrować z kapryśnej pogodowo Szwajcarii wprost do tego raju, w niespełna 3 godz i 18 minut godziny od momentu wyjścia z domu.Antibes - piękne miasto, pięknych i bogatych ludzi, koniecznie właścicieli jachtu, w zasadzie nie widać żebrzących. W Nicei po promenadzie biegają atletycznie zbudowani mężczyźni z nagim torsami, aż trudno nie patrzeć...
W Szwajcarii zrobiło się już brzydko i szaro, na dodatek w pracy zawalony zostałem papierkową robotą, dlatego namówiłem K na wspólny długi weekend. Nie robiliśmy nic specjalnego poza oddawaniem się zwykłym przyjemnościom, celebrowaniem codziennych czynności, spacerowaniem bez celu po promenadzie des Anglais raz po raz zatapiając się w zawiłych uliczkach śródziemnomorskich miasteczek. Przemierzyliśmy trase Monako, Cap Ferrat, Villefranche, Nicea, Antibes, Cannes i Saint Paul. Towarzyszyły nam pejzaże pełne kwiatów, długie, piaszczyste albo kamieniste plaże, urokliwe zabytki, galerie, zapachy Prowansji i charakterystyczne prowansalskie domki, które urzekają każdego, kto przybywa do tego regionu...
Zatrzymaliśmy się urokliwym hotelu Massena, który swoim wyrazistym wystrojem bardzo różnił się od typowych sieciowych hoteli. Nie obyło sie bez zabawnych sytuacji: w Monako, w Cafe de Paris vis a vis kasyna Monte Carlo próbowaliśmy zamówić po lampce bąbelków, niestety tego wieczoru akurat szampan im wyszedł...
K kręciła głową na widok lokalnych cen produktów, podczas gdy ja skrycie dziękowałem losowi za szczęście zarabiania we frankach. Łatwo i szybko przyzwyczaiłem się, że mogę pozwolić sobie na kupowanie rzeczy, które mi się podobają albo sprawiają mi przyjemność bez konieczności przeliczania wszystkiego na złotówki albo inną walutę. Jak stwierdziła R: mieszkając i pracując w Szwajcarii wszędzie wydaje się być tanio i sporo w tym prawdy.
Fajnie jest móc po prostu wyjść z domu, zabrać najbliższą osobę ze sobą i spędzić parę beztroskich chwil w takim miejscu, bez obawy, że zrujnuje to twój domowy budżet. Zdaję sobie sprawę, że nie jest źle, mam poczucie stabilizacji zawodowej i osobistej, choć mam o wiele więcej rzeczy na głowie. Z perspektywy lat nie zmieniło się tylko jedno, wiem że mogę liczyć tylko na siebie, inni mogą starać się jak mogą, ale nigdy nie będę miał pewności, że nie zawiodą i że zawsze przy mnie będą...
Ale żeby nie było że tylko podróże, bicie piany i pseudo filozoficzne głupoty mi w głowie - zapisałem się na kurs językowy. Razem z V zmobilizowaliśmy sie i każdy dzień rozpoczynamy od prywatnych lekcji włoskiego. Znowu musze się przestawić do wstawania o 6 rano. Potem szybka kawa w Starbucksie i punkt 8. zaczynamy. Zapisałem się po, to żeby zrobić coś ponad. Bardzo dobra znajomość języka nie jest mi bezwzględnie potrzebna, ale chodziło mi o zrobienie czegoś dla własnej przyjemności. Przyjemności, bo te lekcje nie polegają na żmudnym powtarzaniu deklinacji i koniugacji, a raczej na kupowaniu biletów kolejowych na pociąg do Rzymu, wymianie uprzejmości, zapraszaniu się do restauracji, kina, teatru czy wcielaniu się w inne, równie przyjemne sytuacje, mające mało wspólnego z tym, co spotykało mnie w przeszłości na lektoracie z włoskiego.. Może i M mógłby mnie uczyć za darmo, ale nie bez powodu mówi się, że szewc bez butów chodzi, M stracił do mnie cierpliwość – jeśli czegoś nie zrozumiem za pierwszym razem albo pytam o rzeczy, które dla niego są oczywistą oczywistością a dla mnie nie mają wyraźnej reguły macha tylko ręką ze zrezygnowaniem albo wali obuchem między oczy, że jestem odporny na wiedzę.
Poza tym jest jeszcze coś - ile razy kończę zajęcia i 9.15 wchodzę do biura jestem pozytywnie naładowany energią, mam poczucie fajnie, bo pożytecznie rozpoczętego dnia, a poza tym to naukę języka mogę odpisać sobie od podatku...
W Szwajcarii chodzenie po szlakach turystycznych bez odzieży nie jest nielegalne, ale kantony mogą indywidualnie wprowadzać zakaz takiego zachowania. Karę na mężczyznę nałożył najpierw sąd w kantonie Appenzell Ausserrhoden a potem Szwajcarski Trybunał Federalny podtrzymał karę grzywny w wysokości 100 franków. Sędziowie uznali, że paradowanie po szlakach turystycznych w stroju Adama jest obrazą moralności publicznej.
Teraz wszyscy dowiedzą się, co robię w weekendy, niektórzy mieli tylko podejrzenia, a teraz wiedzą na pewno...
1. listopada zastał mnie w tym roku daleko od domu. Nie Singapur, nie Tajlandia i nie groby najbliższych były mi w głowie, z wynajętym przewodnikiem wybrałem się na cały dzień do Brunei. Dla mnie to taki mały, bardzo bogaty, ociekający zlotem pochodzącym z ropy naftowej sułtanat, rządzony twardą ręką przez swego pana.
Z Miri autem jechaliśmy prawie 3 godziny po drodze mijając szyby naftowej, puste nieużytki a czasem piękne ogromne wille. Sułtana czci się tutaj jak władcę absolutnego, słychać to w wypowiedziach lokalnych ludzi wyrażających się o nim per his majesty albo his highness.
Spodziewamy się przepychu i bogactwa już na granicy. Brunei włada sułtan Bolkiah jeden z najbogatszych ludzi świata. Przejście graniczne mieści się jednak w skromnym baraku. Kobieta w mundurze i chustce na głowie wbija mi do paszportu pieczątkę upoważniajcą do pobytu w Brunei przez 30 dni. Żeby legalnie móc wwieźć alkohol trzeba podstemplować jakąś żółtą kartkę, bo w kraju obowiązuje całkowita prohibicja, jedynie turyści mogą wwozić mocny alkoholu. Oficjalną i ściśle przestrzeganą religią jest islam. Zewnętrznym tego objawem są liczne meczety, chusty na głowach kobiet i zakaz sprzedaży alkoholu.
Do stolicy Bandar Seri Begawan jedziemy dwupasmową autostradą, 100 km pokonujemy w 2 godziny. Za oknem nie widać zabudowań, tylko różne odcienie zieleni – większą powierzchnię kraju zajmują wilgotne lasy równikowe, których nie wolno eksploatować. Wybrzeża porastają lasy mangrowe, gdzie żyją małpy z długimi, mięsistymi nosami. Nie widać riksz, skuterów tuk tuków czy rowerów tak charakterystycznych w krajach azjatyckich. Miasto wygląda skromnie. Poza dwoma pięknymi meczetami i paroma centrami handlowymi o imponującej architekturze, kapiącymi od złota, nic nie rzuca się w oczy. Wręcz przeciwnie w centrum zaskakują czasami rozsypujące się elewacje domów, dziurawe ulice i chodniki, sterty śmieci na skwerach.W Brunei nie ma taksówek, bo każdy ma własne auto, państwo dofinansuje także mieszkania i domy, edukacje i opiekę zdrowotną.
Śnieżnobiały meczet sułtana Saifuddiena to symbol Brunei. Kopuła głównego budynku pokryta kilkoma milionami złotych płytek błyszczy w słońcu. Na sztucznej lagunie przed meczetem cumuje kamienna, bogato zdobiona kopia ceremonialnej łodzi królewskiej. Widok jak z bajki.
Drugi największy w kraju meczet poświęcony jest aktualnemu władcy. I jego kopuła inkrustowana jest 24 karatowym złotem. Ruchomych schodów prowadzących na piętro do głównej sali modlitewnej używa tylko sułtan i jego rodzina. Podłogi w meczecie są bardzo czyste, po salach chodziłem w białych skarpetkach które po wyjściu pozostały nieskazitelnie białe. Na każdym kroku widać tradycję i religię, ale też nowoczesność: nowocześnie urządzone przestronne pomieszczenia, brak przepychu, klimatyzowane sale z najnowszymi zdobyczami techniki - sułtan nie żałuje pieniędzy i za to właśnie wszyscy go tutaj czczą. Ogólnie miasto jest bardzo czyste, pozostaje pod dużym wpływem religii islamskiej i nigdzie prócz hoteli nie można kupić nawet piwa. Ulice, place, pomniki, szkoły, szpitale niosą nazwę kogoś z rodziny Bolkiah. Wszędzie mnóstwo intensywnej soczystej bujnej zieleni.
Na drugim brzegu przecinającej stolice rzeki rozciąga się dzielnica Kampung Ayer - skupisko stojących na palach w wodzie domów. Do Kampung Ayer płyniemy z centrum motorówką. Wychodzimy na drewniany, chybotliwy pomost, którego liczne odgałęzienia tworzą sieć chodników. Przy nich parterowe, zbudowane z byle czego domki, pokryte spadzistymi dachami z bambusa lub trzciny. Przeraża widok rozpadających się budynków i odór unoszących się na wodzie śmieci. Sułtan postanowił uczynić z wioski żywy skansen.
W najciekawszym Muzeum Regaliów można obejrzeć m.in. rydwan, którym dawniej sułtan podróżował po kraju ciągnięty przez poddanych. Na znak szacunku dla jego regaliów i tutaj każą mi zdjąć buty - jest to obowiązkowe i ściśle egzekwowane przez strażników muzealnych.
Gdyby ktoś zapytał mnie gdzie jestem odpowiedziałbym krótko – w dupie.
Miałem z Kuala polecieć do Bangkoku, pobyt zaplonowałem sobie z wyprzedzeniem tak by znaleźć czas i prywatnie pozwiedzać Bangkok i okolice. Pora deszczowa miała się do tego czasu skończyć, pomyślałem - uszczknę cos dla siebie z tego krótkiego pobytu w Azji. Niestety w całej Tajlandii leje od 3 miesięcy, rzęsiście i bez przerwy, przy tym jest gorąco i parno, ogłoszono stan powodziowy, bo napadało tyle że Chao Phraya wylała, woda nie nadąża spływać kanałami do morza. Zalane są peryferia stolicy, stacje metra, wiele dróg stało się nieprzejezdnych, kilka dni przed moim przyjazdem zamknięto lotnisko, w hotelach brakuje prądu, bieżącej wody, szwankują dostawy jedzenia i wszystkiego, co potrzebne jest do funkcjonowania obiektów gastronomiczno-hotelowych. Poradzono mi odwołać wszystkie rezerwacje bez ponoszenia jakichkolwiek dodatkowych kosztów i zmienić bilet na bezpośredni lot do Zurychu. Szkoda mi jednak było tych kilku zaplanowanych dni, chciałem zobaczyć cały ten tajski bajzel.
Wieczorem pojechałem, więc w ciemno na lotnisko w Kuala i zapytałem, dokąd mógłbym polecieć w ciągu najbliższej godziny lub dwóch... Wysłali mnie do Miri na Borneo – miała być plaża i jest, zapomnieli tylko dodać, że Miri to główny ośrodek wydobycia ropy naftowej w Malezji... Po dwóch godzinach lotu wylądowałem na lotnisku w malezyjskim stanie Sarawak, mój paszport wzbogacił się o kolejną pieczątkę wjazdową, stąd miałem już tylko 10 minut drogi do hotelu. Marriott SPA był prawie pusty nie licząc kilku uczestników konferencji dla ‘nafciarzy’. Poza tym cisza, spokój, widok morza z balkonu, olbrzymi basen, pool bar i SPA – w takich warunkach skwar i duchota nigdy nie mogą być straszne.
SPA w tej części świata kosztuje grosze a przez kilka godzin wypieszczą cię od stóp do głów, wymoczą w algach, eterycznych olejkach, wymasują i uklepią – po 6 godzinach wyszedłem jak nowonarodzony ze skórą intensywnie nawilżoną i gładką jak pupa niemowlaka. Od masowania, nacierania, wklepywania zrobiło mi się błogo, że w trakcie zabiegów zasnąłem i byłem w niebie. Kawowe scrub robi zrobił mi dobrze...
Bywa, że gdy człowiekowi się naprawdę spieszy to wszystko wokoło zdaje się temu sprzeciwiać. W piątek miałem w planie spędzić w biurze tylko 3 godziny by spokojnie zdążyć wrócić do domu, spakować walizkę i złapać samolot do Kuala. W biurze pojawiłem się przed 10, pierwsze spotkanie zostało przesunięte o godzinę później, a potem rozdzwoniły się telefony, cała seria, jeden po drugim, dzwoniły jak wściekle i za każdym razem, gdy już miałem wyłączyć komputer dzwoniły znowu i najgorsze okazywało się, że to ważne i trzeba było gdzieś pilnie gasić pożar. Nawet przy wyjściu z budynku natknąłem się na kogoś, kto postanowił streścić mi z czym aktualnie się zmaga abym był na bieżąco...
Kiedy lądowałem w Kuala Lumpur było po 18, po wyjściu z terminalu zrobiło się przyjemnie ciepło, dlatego nim moja głowa dotknęła poduszki w wygodnym łóżku Shangri-La poszedłem na krótki spacer zachęcony znajomym widokiem zza okna hotelowego pokoju. W samolocie starałem się nie spać by po przylocie jak najszybciej przestawić się do innej strefy czasowej.
W niedziele zupełnie nie było w głowie klepanie w komputer, pojechałem za to zobaczyć lokalne parki ptaków i motyli a na koniec zahaczyłem o nowo otwarte oceanarium w części konferencyjno wystawienniczej mojego hotelu.
250km za Kuala znajduje się Ipoh stolica stanu Perak i główny ośrodek wydobycia cyny. Przewodnik, który mnie tam zawiózł zaprosił mnie na lunch do lokalnej jadłodajni. Plastikowe brudne stoliki, byle jak rozstawione na wąskim chodniku, dziwny zapach smrodek unoszący się z kuchni, chyboczące się krzesełka, lichy dach, zardzewiałe garnki, plastikowe sztućce, talerze wyparzane we wrzątku w połamanym wiadrze, ludzie z nizin i szczerbaty kucharz - próbowałem ukryć zakłopotanie, ale gdy jedzenie wylądowało na stole było za późno żeby się wycofać. Każdy kęs mięsa maczany w kolorowych brejach ledwo przechodził mi przez gardło, nie mówiąc o coca coli podawanej z kostkami lodu niewiadomego pochodzenia. W teczce nosze ze sobą węgiel leczniczy i buteleczkę whiskey, więc po lunchu nie czekając jak rozwinie się sytuacja, zapobiegawczo zaserwowałem sobie większą dawkę...
Norweska stolica była ostatnią na liście skandynawskich miast, które chciałem odwiedzić. Próba opisania kraju i jego mieszkańcach na podstawie jednej tylko wizyty i bez wyjeżdżania poza obszary komercyjne Oslo mija się z celem. Ogólnie było zimno i wietrznie, gdy lądowałem na Gardermoen Lufthavn, ze stacji Oslo S miałem tyle parę kroków do hotelu, który rozpoznawalny jest z daleka bo to najwyższy budynek w całej Norwegii. Druga rzecz, która rzuciła mi się w oczy to ceny. W Szwajcarii jest relatywnie drogo, ale Norwegia dotrzymuje kroku w tym cenowym maratonie uszczuplającym portfel: ceny alkoholu, biletów na środki komunikacji miejskiej, jedzenie w restauracjach przyprawiają o zawrót głowy.
Rzeźby w Park Vigelanda ukazujące różne oblicza ludzkiej bliskości były nie lada atrakcją – podobałoby mi się kiedyś móc tam pojeździć tam po parkowych alejach na rowerze. Po wyjściu z Muzeum Muncha zrobiło się bardziej słonecznie i taka pogoda utrzymywała się już do późnego popołudnia, kiedy spacerowałem po Aker Brygge czy pływając po Skagerrak.
Widać czystość, przestrzeń, spokój, funkcjonalność i zamożność Olsowian (jak oświecił mnie ostatnio prof. Miodek), ale ich bogactwo nie kłuje w oczy. Widziałem mnóstwo ślicznych dziewczyn i kobiet elegancko ubranych blondynek o czystej cerze i dużych niebieskich oczach. Potomkowie Wikingów mogą się podobać – wysocy, smukli albo mocno zbudowani, modnie ubrani atrakcyjni blondyni. Dowiedziałem się, że „Snakker du norsk” wcale nie oznacza pytania czy lubię sneak a „Jo takk, bare bra” to nie oferta seksu bez zabezpieczenia.
Zimno zrobiło się też w Szwajcarii, do biura chodzę opatulony w szalik i prawie codziennie zdarza mi się wracać do domu w strugach deszczu. Jesień jest w tym kraju okropna, ciągle pada i jest zimno. W Szwajcarii polubiłem zimę, bo śnieg w mieście jest mało dokuczliwy (dzięki bardzo sprawnym miejskim służbom porządkowym) poza tym często świeci wtedy słońce i w drodze do pracy przyjemnie posłuchać odgłosu trzeszczącego pod butami śniegu. Przy obecnej aurze za oknem często uciekam myślami w cieplejsze rejony, odliczam dni do wylotu do Malezji i Tajlandii – o ile nie przeszkodzi mi powódź mam w planach zobaczyć coś więcej niż tylko hotelowy pokój i drogę na lotnisko.
Moja firma w ciągu niespełna pół roku przejęła 6 innych firm, przez co wszyscy mamy ręce pełne pracy. Z krajów technologicznie zaawansowanych rozszerzamy naszą obecność na Ukrainę, Rosję, Izrael, Chorwację i Turcję gdzie wiele ogólnie przyjętych zachodnich rozwiązań nie istnieje tak, więc siedzę i rzeźbię szukając alternatywnych rozwiązań i próbując rozbudzić swoją lekko uśpioną kreatywność.Czasami wydaje mi się że moja firma to typowy kolos na glinianych nogach, spuścić go z oczu i odejść z firmy a wszystko runie jak domek z kart...
W megalomanie jednak nie popadam wiedząc, że i beze mnie cała ta machina będzie działać dalej, bo nie jestem niezastąpiony a firma będzie funkcjonować z moją czy bez mojej pomocy.
We Wrocławiu spotkałem się z moim eks, niespełnionym reżyserem, który ukończywszy 35lat nagle zaczął realizować się teatralnie wystawiając z powodzeniem przedstawienie za przedstawieniem. Spędziliśmy ze sobą cały długi wieczór opowiadając sobie bez upiększania historii, co działo się u nas przez ostatnie kilka lat. Mój były oświadczył mi, że związał się z ...kobietą, co w teatralnym światku jest chlebem powszednim, czego zdążyłem doświadczyć spotykając się z nim i jego znajomymi aktorami. Dobrze jest wciąż utrzymywać serdeczny kontakt, choć kiedyś mocno nadwyrężyłem naszą przyjaźń rozstając się z nim i lądując w łóżku z jego byłym. O spotykaniu się z byłymi byłych niechlubnie muszę przyznać mógłbym napisać osobną notkę...
W Oslo jest ziemno i drogo, wieje, pada choc Norwegom wydaje sie to nie przeszkadzac, bo niektorzy paraduja w krotkich spodenkach przy temperaturze 5 stopni. Alkohol jest drozszy niz w Szwajcarii a przyzwyczajony jestem ze wszedzie indziej jest taniej...
R zaproponowała spędzić wieczór w restauracji First Floor w towarzystwie A i jego kolegi-klienta z ambasady. Już na wejściu było trochę szi-szi fu-fu bo w progu witała nas dyrektor hotelu a szef kuchni osobiście odprowadził nas do stolika, 3 grube menu: karta dań, win i... wód mineralnych - dla wymagających mieli bling water.
Spodziewałem się, że cały wieczór będę musiał silić się na sztuczną kurtuazję, demonstrować bon ton, uskuteczniać rozmowy o niczym w towarzystwie napompowanego sztywniaka udającego sommeliera a tu miła niespodzianka, bo starszy pan był normalny, ba nawet opowiadał frywolne żarciki o swoim szefie.
W nocy nie mogłem spać, głowa znowu wydawała mi się wielka od natłoku spraw, w żaden sposób nie potrafiłem się wyłączyć i przestać o nich myśleć. Czasami czuje się bardzo zmęczony i zupełnie nie cieszą mnie dobrodziejstwa płynące z pracy w mojej firmie.
Dla kogoś z boku moja praca to bajka - ciągłe podróże samolotem, wygodne hotele, nieustające kolacyjki przy winie, blichtr, puch i piana.Pobudka – kawa – pociąg – samolot – taksówka – spotkanie – hotel – taksówka - samolot. W przerwach telekonferencje oraz robocze lunche i oficjalne kolacje... Zmieniają się tylko miejsca spotkań, choć i to przestaję powoli rejestrować. Gdyby nie widok resztek muru berlińskiego w drodze na spotkanie z linią lotniczą w ogóle nie zauważyłbym, że jestem w Berlinie, wczoraj nie poczułem, że byłem w Wiedniu, bo spotkanie odbywało się na obrzeżach miasta.
Wyjazdy i nawet największe odległości trochę mi spowszedniały, prawie nie zauważam co dzieje się wokół. Punktem odniesienia stają się zabytki, znane atrakcje turystyczne albo pomniki. Lotnisko z Zurychu i Monachium znam na pamięć – śmiało mógłbym trafić do dowolnego wyjścia choćby po ciemku.
W pracy spotykam ludzi o podobnych cechach. Dobijających do czterdziestki, którym wydaje się, że stan kawalerski jest najlepszym z możliwych w świecie, gdzie niemal każdy czynnik egzystencji zależy od poziomu zadłużenia na koncie bankowym. Obciążeni kredytami, z gromadka dzieci byliby kolejnymi przegranym przeciętniakami, którzy budzą się w nocy zlani potem i z przerażeniem stwierdzają, że nie stać ich na lekarstwa albo wyprawkę do szkoły. Dla jednych taki życiowy wybór jest aktem tchórzostwa, dla innych – oznaką gorzkiej mądrości.
W swoim życiu przeprowadziłem juz dziesiątki szkoleń i prezentacji, przy większej czy mniejszym audytorium, w różnych językach i przy różnych okazjach, dlatego jestem przygotowany że zmiana planów może zdarzyć się w ostatniej chwili.
W piątek w biurze nikt na mnie nie czekał, nie wiedzieli nawet że przyjeżdżam. Ale spoko.
Sala konferencyjna okazała się przechodnią między innymi pomieszczeniami halą, rodem z Oktoberfestu (bardzo długie drewniane ławy), ciągle ktoś wchodził i wychodził, trzaskali drzewami, w bocznych pokojach odbywały się spotkania, z których podczas przerw wychodziło głośne towarzystwo. Też spoko.
Nie działał internet ani rzutnik a prąd płynął z czegoś co wyglądało jak generator. Cóż zdarza się.
Uczestnicy, którzy przyszli na szkolenie oczekiwali szkolenia z innego tematu więc połowa z nich od razu wyszła. Bywa.
Potem okazało się że drugiej sesji nie mam w ogóle po co robić bo nie ma chętnych za to poproszono mnie o poprowadzenie szkolenia z innej dziedziny – cóż jestem elastyczny i nie wiele myśląc zgodziłem się ... Niestety przeliczyłem swoje talenty i nie uratowałem tego szkolenia, pierwszy raz ewidentnie strzeliłem sobie w kolano. Dałem dupy.
Moje blogowanie przypomina dziennik podróży, ale to nie ekscytacja podróżami sprawia że pisze... Tak naprawdę jedynie będąc w podróży, siedząc na jakimś lotnisku albo lecąc 11 tys m nad ziemią mam czas skoncentrować się, w spokoju zebrać myśli i przelać je na arkusz dokumentu Word.
O ile LA oszołomiło i przytłoczyło mnie swoją wielkością, sposobem życia, o tyle w Europie taki stan zdarza mi się rzadko. Wszystko, co kiedyś brzmiało jak nierealna bajka stało się codziennością i jest w zasięgu ręki zupełnie jak w ostatni weekend.
Wciąż odkrywam na świecie miejsca, do których chętnie przeniósłbym się ot tak. Pstryk i już. Miejsca, gdzie częściej jest słonecznie niż pochmurno, szczególnie gdy pogoda za oknem nie nastraja pozytywnie, a słońce nie rozpieszcza. Dla mnie to czas dochodzenia do wniosku, że jednak lubię słońce. A przecież są miejsca, w których tego słońca wcale nie brakuje, w których jest ciepło, przyjemnie. Są miejsca, które wywołują wspomnienia tak ciepłe, jak słońce, które świeci za dnia i ogrzewa nas swoimi promieniami.
Ale żeby nie było ze sporządniałem i wysubtelniałem i jestem teraz wrażliwy niczym muślinowa firanka...Aby na gorąco przeżywać to z kim lub czym się spotykam zabrałem ze sobą poznanego w Warszawie chihuahua który w ramach wspólnego tourne z lubością wyprowadzał na spacer moje zarodki...
Wróciłem z biura później nie planowałem, L przedłużyła niebotycznie telekonferencje, głowa huczała mi od jej głosu, śmiechu i spraw do zapamiętania. V zaproponowała drinka w Kornhauskeller skorzystałem z okazji – zasłużony zawsze smakuje najlepiej...
Praca funduje mi kolejne mega zjazdy, zaliczam zgon w tym tygodniu. Z ulgą przyjąłem wiadomość o szkoleniu w Berlinie, chętnie wyrwę się od rutyny siedzenia za biurkiem do późnych godzin wieczornych. M przywitał mnie w domu kolacją z butelką wina, w ciągu paru chwil zapomniałem o wydarzeniach dzisiejszego dnia i poczułem błogi spoko. M potrafi sprawić, że zapominam o kapryśnym świecie, schodzę znowu na ziemie i uruchamiam funkcję rozwiązywania dylematów mniej istotnych. 2011-09-26-skomentuj (1)
Po udanych niezapomnianych wakacjach nie ma już śladu prócz setek zdjęć w albumie, nastąpiło raptowne zderzenie z zawodową rzeczywistością, przez kilka dni nie mogłem odkopać się z maili i zaplanowanych wcześniej spotkań.
Czasami pracuję jak wól, nie zadając pytań po prostu robię swoje jak za naciśnięciem przycisku opcji pracuj. Otumaniony chaosem panującym wokół, głośno ponarzekałem szefowej na bałagan i niemoc, niekompetentność ludzi, brak możliwości, dreptanie wokół starych tematów jakby same były w stanie się rozwiązać. Przerwała to moje biadolenie i zapytała wprost o konkrety, palnąłem o problemach z Australią, na co usłyszałem krótko – musisz tam jechać. W pierwszej chwili nie uwierzyłem w to, co usłyszałem, bo mój wniosek o delegacje na Antypody od miesięcy był odrzucany a decyzja usprawiedliwiana zbyt wysokimi kosztami takiej podróży służbowej. K się postarała, zdobyła budżet, stawiając jeden warunek – to jednorazowa podróż i chce zacząć widzieć wyniki.
I tak oto tego dnia obrosłem w piórka, nabrałem wiatru w skrzydła i za nic miałem paszkwilowate maile, nierzetelność Hindusów i notoryczny brak czasu - za wyjazd do Sydney mogę nawet „puknąć” trola albo innego Dzwonnika z Notre Dame.
Niesamowite jak zmienia się człowiekowi podejście do pracy, jeśli umiejętnie się go zmotywuje...
Najpierw lecę do Wiednia uruchomić projekt a potem mogę zacząć szukać terminów wylotu. M widząc w progu mój dobry nastrój od razu domyślił się, że spotkało mnie coś dobrego. Na koniec usłyszałem tylko „O dio mio”
W drodze powrotnej do Europy zatrzymaliśmy się na 2 dni w Mieście Aniołów Całkiem przypadkiem nasz Hotel w West Hollywood znajdował się dwie ulice od branżowych barów i lokali drażniąc nasze zmysły i określając sposób spędzania obu wieczorów.
Na śniadaniu w restauracji hotelu London spotkaliśmy Mike Tysona i to akurat w dniu walki Adamka z Kliczką. Gdyby nie charakterystyczny tatuaż na twarzy, w ogóle nie domyśliłbym się, że to on. Wieczorem odbywał się Tydzień Mody w Beverly Hills, który spędził całą zgraję wychudzonych i nienaturalnie wyglądających podrasowanych plastycznie kobiet i mężczyzn, którzy okupowali wszystkie butiki na Rodeo Drive.
Przyglądając się temu cyrkowi potwierdziłem tylko swoje zdanie, że w obecnych czasach musimy osiągać sukcesy na coraz większych obszarach, żeby ze spokojnym sumieniem móc powiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi. Trzeba być brutalnym, żeby dotrzeć do tego miejsca, do którego chce się dojść. To odpowiedz na czasy, w których nie ma miejsca na przegrywanie. Dziś nie wolno przyznawać się do porażek, błędów, do tego, że coś nie wyszło.
Nigdy się nie jest non stop on the top - to jest prawda, którą zdążyłem poznać. Bardzo intensywnie ciągnie się do góry, aż w końcu przychodzi taki moment, kiedy jest się bardzo, bardzo wysoko. Ale nie da się tam siedzieć przez cały czas, choć dla wielu to jest taka dziejowa niesprawiedliwość.
Chciałbym być poetą-filozofem, żeby uchwycić ten ulotny moment, ale poetą nie jestem i nigdy nie byłem dlatego mogę tylko rypnąć sentymentalną notkę na blogu.
Oahu jest podobna do pozostałych wysp hawajskich i jednocześnie jest zupełnie inna. Podobna jest tuż za miastem - gdzie droga styka się z oceanem, a z autobusu można wysiąść wprost na piaszczystej plaży. Inna od pozostałych, gdy zdecydujesz się podążyć za milionem turystów na plażę Waikiki, aby zamieszkać w jednym z siedmiuset hoteli, pnących się ku niebu wieżowców i przejść bulwarem, gdzie mieszczą się drogie centra zakupowe.
Z Waikiki większość turystów udaje się na Pearl Harbor, ale my tam nie pojechaliśmy, bo amerykańską martyrologię mamy z M bardzo bardzo głęboko...
Kolejna wyprawa jest za nami, kolejna z M i kolejna pełna wrażeń i doświadczeń. M jest najlepszym kompanem podróży jakiego mogę sobie wyobrazić, podczas naszych wspólnych eskapad do Indonezji Chin, czy Stanów sprawdził sie w tylu różnych sytuacjach udowadniając wielokrotnie, że to właśnie z nim chcę oglądać świat.Nie jest idealny, bo żremy się czasem o drobnostki, ale w kwestii sposobu spędzania wolnego czasu, zwiedzania nowych miejsc, poznawania ich, dobraliśmy się idealnie, jako turyści wędrujący, choć bez duszy odkrywców...
12 dni wystarczyło na odwiedzenie czterech wysp archipelagu hawajskiego, zobaczenie najważniejszych miejsc no i relaks. Zwiedzanie było dość intensywne, ale przyjemne, bo loty między wyspami są stosunkowo krótkie i tanie a same wyspy różne, choć wydawać by się mogło, że podobne. W pamięci wciąż przewijają sie obrazy... Kona na Big Island z jednym z najbardziej uroczych lotnisk świata: maleńkim, tradycyjnym, tuż nad oceanem, z całym mnóstwem palm i typowo polinezyjską architekturą – miodzio, z najwyższą na świecie górą Mauna Kea i największym obserwatorium astronomicznym świata z największymi teleskopami, Kauai za faunę i florę nie występującą nigdzie indziej, miasteczko Hanapepe Valley gdzie kręcono Park Jurajski i Ptaki Ciernistych Krzewów.
Poszliśmy za ciosem i choć w planach tego nie było polecieliśmy na trzecią, zarazem najstarszą i najpiękniejszą z wysp – zwaną wyspą ogrodów. Na Kauai zastaliśmy ciszę, spokój, ogromną przestrzeń, naliczyłem raptem trzy wielkie hotele, resztę stanowiła bardzo głęboka prowincja z obrazami dzikich plaż gdzie życie wydaje toczyć się niezmiennie od lat i bez pośpiechu, nielicznych turystów leniwie wylegujących się na piasku, fal spokojnie uderzających o brzeg, grupy dzieciaków na deskach próbujących utrzymać się na rozpędzonych falach.
Na powierzchni prawie 1.5 tys. km2 odkryliśmy dramatyczną scenerie kanionów, ukryte plaże, do których dopłynąć można tylko kajakiem, szlaki dla zapalonych wędrowców prowadzące wprost do ukrytych w górach wodospadów. W dolinie o melodyjnie brzmiącej nazwie Mount Wai'ale'ale odwiedziliśmy najbardziej mokre miejsce na świecie - z rocznymi opadami sięgającymi prawie 12 tys mm. Intensywne opady stworzyły w centralnej części wyspy kanion Waimea znany, jako Wielki Kanion Pacyfiku. Nagie ściany kanionu są intensywnie czerwone, z połyskującymi w tęczowym blasku dziesiątkami wodospadów.. Podziwiając te cuda natury łatwiej było mi docenić moją pracę i to że pozwala mi ona doświadczać takich wrażeń. W tym momencie czułem się pogodzony z koniecznością pracy do późna, czasami w weekendy i nieustannymi pretensjami współpracowników.
Dla praktykujących hula Kauai jest miejscem magicznym – tam znajduje się najstarsza i najważniejsza świątynia poświęcona bogini Laka, opiekunki świątynnego tańca Hula. Legendy mówią, że nazwa wyspy oznacza "ukochane dziecko" - dosłownie "miejsce wokół szyi”, czyli tam, gdzie ojciec przytula swoje dziecko. Wyjeżdżaliśmy stamtąd ze wspomnieniem wszechobecnej zieleni bujnej, soczystej, intensywnie pachnącej oraz wodospadów, jak wstążki mieniących się na czerwonawych zboczach Kanionu.
Po Hilton Village, miasta w mieście, z siecią własnych sklepów, pałacyków, otwartych basenów, kortów, boisk, oczek wodnych zdecydowaliśmy zapuścić się w inne dzielnice miasta.
Po paru godzinach jeżdżenia w kółko, obejrzeniu dzielnic mieszkaniowych z drogimi apartamentowcami, willami, dzielnicy administracyjnej, Aloha Tower, dawnej siedziby królewskiej Kamehamehy i jego pomnika oraz zobaczeniu dziesiątek sklepów ABC nie zawahaliśmy się trochę zboczyć z utartego szlaku zwiedzania Honolulu i pojechać po prostu przed siebie, zatrzymując się tam gdzie uznaliśmy to za interesujące.
Słońce przed południem przypiekało niemiłosiernie i gdyby nie lekki wiatr od morza to byłaby patelnia. Wybrzeże Nawietrzne – okazało się bardziej wietrzną i wilgotną stroną wyspy. Na naszej trasie dominowały zaciszne, mało uczęszczane plaże jak choćby ta w Zatoce Hanauma.
Oddalone godzinę jazdy z Honolulu znajduje się wybudowane na rozległych terenach należących do Mormonów Centrum Kultury Polinezyjskiej. Mormoni, ortodoksyjni w swoich obyczajach konsekwentnie zabraniają pod sankcją surowej kary spożywania jakiegokolwiek alkoholu na ich terenie. Zauważyłem, że prawo owszem jest respektowane, ale nie do tego stopnia, żeby nie móc zabrać ze sobą alkoholu przelanego uprzednio do plastikowych butelek...
Całe centrum to skansen podzielonych kulturowo uroczych, polinezyjskich wiosek reprezentujących kulturę i zajęcia siedmiu krajów Polinezji: Samoa, Nowej Zelandii, Tahiti, Fidżi, Hawajów, Tonga i Markizów.
Przywitano nas rewią na wodzie, w której zaprezentowało się wszystkie 7 polinezyjskich kultur i ponad 100 tancerzy. Pokaz na wodzie “Pageant of the Long Canoes”, tańce narodowe, muzyka, pokazy sztuki rękodzielniczej – wszystko oglądaliśmy jak zaczarowani. Gra barw i kolorów, dźwięków uświadomiła mi tylko jak wiele jest jeszcze miejsc na świecie przeze mnie nieodkrytych.
Podczas zwiedzania Centrum wyznaczony został nam przewodnik – szczerbaty, leciwy pan z Samoa, co, do którego mieliśmy mieszane uczucia zwłaszcza, gdy podpatrzyliśmy inne grupy, którym przydzieleni zostali młodzi, atletyczni chłopcy o zdrowej opaleniźnie, w przepaskach na biodrach, co budziło w nas zrozumiałą zazdrość i poczucie niesprawiedliwości.
Zaczęło się od tradycyjnej dekoracji naszyjnikami z kwiatów. W wiosce Samoa odbyły się pokazy ekspresowej wspinaczki na palmy kokosowe, otwierania orzecha kokosowego jednym uderzeniem kamienia, ciosania wiórów kokosowych, krzesania ognia przy użyciu dwóch drewienek. W wiosce Fidżi zainteresowanie wzbudziła sypialnia i łoże wodza, który miał prawie tyle żon, co ja kochanków, w Tahiti popisy taneczne a w Tonga klasyczna tongijska kapa z kory drzewnej i owoce noni - panaceum stosowane w medycynie naturalnej, na koniec przejażdżka wieloosobowymi łodziami po rzece przecinającej cały park.
Punktem kulminacyjnym była hawajska uczta Luau. Prawdziwe Luau, to nie tylko jedzenie, ale cały entertainment. Melodii z malutkiej ukulele wydającej przyjemne dla ucha brzdąkanie idące w parze z zawodzącym śpiewem nasłuchaliśmy się za wszystkie czasy.
Zwieńczeniem wieczoru był półtoragodzinny spektakl "Ha: Breath of Life" wystawiany w specjalnie na ten cel wybudowanym amfiteatrze. Polinezja rewiowa, spektakularna, ale oparta na ich etnicznych formach i wierzeniach. Pokazy połykaczy ogni, barwne stroje, nieznane, choć przyjemne dla ucha melodie, popisy taneczne graniczące ze sztuką cyrkową, profesjonalne układy choreograficzne – wszystko bardzo efektowne, choć w swoisty disneyowski sposób.W żadnym innym przedstawieniu nie widziałem tylu męskich obdarzonych przez naturę tancerzy elektryzujących wyobraźnię swymi skąpymi strojach.
Spotkani przypadkowo znajomi z lotniska poradzili mi abym nie zrażał się do wyspy Maui, bo sami przyjeżdżają tam od kilkunastu lat i nie wyobrażają sobie innego miejsca na wakacje.
Gdy miałem 12 lat pamiętam jak na lekcjach geografii uczyliśmy się o wulkanach, ruchach płyt tektonicznych, geologii, o powstaniu całej planety Ziemi - od postaci ognistej kuli, poprzez stygnięcie, po zamieszkanie przez istoty żywe i z jakim uwielbieniem czytałem wtedy podręcznik do geografii przeglądając głównie zdjęcia z wysp Jawy i Hawajów.
Będąc tak blisko spełnienia dziecięcych marzeń udało mi się zmobilizować M do bardzo wczesnej pobudki by polecieć na sąsiednią Big Island do Parku Narodowego Wulkanów.
W Hilo wylądowaliśmy po ponad godzinnym locie pokonując ponad 330 km.
Podjeżdżając pod Rainbow Falls humor trochę nam się popsuł, bo niebo się zachmurzyło i zaczął padać rzęsisty deszcz a na tak drastyczną zmianę pogody zupełnie nie byliśmy przygotowani. Lało praktycznie przez cały dzień, z tą samą intensywnością. Ponieważ część Parku leży na wysokości powyżej 1000 m n.p.m., należało spodziewać się chłodniejszych temperatur i częstszych opadów deszczu, ale tego w przewodniku jakoś nie doczytałem.
Zastygła magma, zaskakujące formy, jakie może ona przybierać, widok czarnej plaży w Kaimu Beach szybko zrekompensowały nam złą pogodę.Park Wulkanów jest ponoć największą atrakcją Hawajów. Oczekiwałem więc rzek cieknącej i zastygłej lawy, ziejących siarką i parą kraterów, fumaroli z gorącą parą wodną, skamieniałych drzew i drzewiastych paproci.
Główny krater parku - Kilauea jest najbardziej aktywnym wulkanem Hawajów, a także najbezpieczniejszym, choć prawdę mówiąc nie wybucha, lecz stopniowo, powoli wylewa magmę, której nie widzieliśmy, bo spływa ona do oceanu, przeważnie w niewidocznych tunelach.
Dopiero, gdy zjechaliśmy znowu nad ocean, zaskoczyła nas zmiana pogody – zrobiło się gorąco i sucho.
Bezczynnie wylegiwać się na plaży mogę przez góra 2-3 dni. Nie po to leciałem 10tys km żeby całe 2 tygodnie spędzić tylko na Waikiki zwłaszcza, że wokoło pełno jest innych wartych zobaczenia przynajmniej raz w życiu wysp.
Bardzo wcześnie rano, lokalnym Hawaiian Airlines polecieliśmy na Maui – drugą, największą wyspę archipelagu. Wygasły wulkan Haleakala oraz dolina wokół Kuka’emoku były głównymi punktami naszej podróży.
Natura to niewątpliwie najmocniejszy magnes tego miejsca, który rok w rok nieustannie przyciąga tutaj rzesze turystów z kontynentu. Pomimo przeszywającego wysoko w górach zimna i porywistego wiatru, na widok kolorów wokół Iao Valley oniemiałem z zachwytu, nigdy nie widziałem tak malowniczych krajobrazów.
Nie umiałem sobie odpowiedzieć skąd wziął się fenomen tej wyspy, po zwiedzaniu Honolulu i okolic, Maui wydało się dużą gorszą, siostrzaną wyspą Oahu. Prócz kiczowatych galerii oferujących dzieła niespełnionych artystów, sklepów sprzedających chłam i 1001 drobiazgów niewiele ma ona do zaoferowania. Restauracje i bary, na które natykaliśmy się w Old Lahaina wyglądały jak typowe tanc budy, okrutnie przeciętnie, oferujące bardzo nieskomplikowane menu wcale nie w niskich cenach. Trudno było znaleźć wyrafinowaną restaurację oferującą coś wychodzącego ponad kurczaka teriyaki, burgera z frytkami czy pizze. Budynki na wyspie to albo kondominia albo liche chatki, wolno stojące domy nie porwały nas swoją architekturą – zwykle drewniane, mało estetyczne, wyglądały tanio, przeciętnie i pospolicie, dominowała tandeta i bylejakość.
Po mieście przechadzali się wytatuowani, bosi i jakby niedomyci fani windsurfingu wyglądający często na zblazowanych wykolejeńców życiowych. Nie uległem fascynacją tą wyspą – wydała mi się przaśna i byle jaka. Maui kojarzyło mi się z egzotycznymi plażami podczas gdy te, które zobaczyliśmy wyglądały na dzikie, w dodatku położone blisko dróg szybkiego ruchu, ale może za bardzo przesiąkłem atmosferą wielkich miast i nie odnajduje się w tego typu miejscach. M. zauważył, że podczas zwiedzania ani razu nie natknęliśmy się na japońskich turystów tak jakby unikali tego miejsca.
Maui żyje wiatrem i falami, które wyznaczają codzienny rytm. Każdy przemieszczą się truck'em i na pace ma deskę do surfingu, windsurfingu lub innego zbliżonego sportu wodnego. Najcenniejsza jest bliskość oceanu, spoglądasz za okno i wiesz czy wieje czy są fale i co możesz dziś porobić na wodzie. Nie ma czegoś takiego jak wyjazdy nad morze na prognozę, może zawieje może nie. Jak wieje to pływasz jak nie wieje to lecisz na surfing - proste i przyjemne? Codzienne życie jest tak proste w stosunku do tego, jakie oferuje normalne duże miasto europejskie. Także, jeżeli znajdziesz sposób, aby utrzymać się na wyspie na poziomie, który pozwoli ci normalnie żyć i pływać to jest to chyba cudowne miejsca do życia.
Napaliliśmy się jak dzieci na hawajskie shaved ice carem, które na obrazkach wyglądały bardzo kusząco i smakowicie, w rzeczywistości okazały się kruszonym lodem polanym słodkim syropem z truskawek, guawy, papai, marakui i innych owoców – ledwo włożyłem sobie tą tęczową papkę do ust, chwilę później cała zawartość wylądowała w przydrożnym kuble.
Drugim obowiązującym językiem na Hawajach jest japoński. Turystów z Japonii jest tutaj cala masa i praktycznie wszędzie słyszy się japoński, a w sklepach, restauracjach, barach, napisy w tym języku to codzienność. Turyści japońscy napędzają Amerykanom nie tylko przemysł turystyczny, w salonie Prady czy innych markowych projektantów widzieliśmy jedynie skośnookich robiących zakupy.
Rosjan na plaży poznać można po kusych slipach, podczas gdy wszyscy wokoło noszą mniej lub bardziej przaśne bermudy. Mnóstwo napompowanych Amerykanów z ABS (absolutnym brakiem szyi) albo otyłych - oba skrajne typy zwykle z ciałem miejscowo pokrytym, co najmniej jednym tatuażem. Podziwiam tą modę, bo sam na tatuaż się nigdy nie zdecyduję. Zupełnie nie czuję klimatu jak można dać się oszpecić jakimś obrazkiem, który wcześniej czy później się znudzi a nawet jeśli nie, to na skórze kilkudziesięciolatka wygląda groteskowo i mało apetycznie.
Na terenie hotelu spotykaliśmy starszych panów wypoczywających w towarzystwie chihuahua. Jednego wieczoru na kolacji np. przyglądaliśmy się pewnej parze: młody, atrakcyjny, atletycznie zbudowany facet w towarzystwie podstarzałego, brzuchatego pana w źle ufarbowanych włosach, który na pierwszy rzut oka wiosnę życie miał już za sobą i nie pomagał mu żaden retusz. Dla M był to ojciec z synem jedzący kolację a dla mnie ten sielski obrazek wyglądał jednoznacznie zwłaszcza, gdy starszy pan niby dyskretnie okazywał czułość temu młodszemu.
Dodatkowo dowartościowałem się, gdy kelnerka poprosiła mnie o dowód tożsamości zanim sprzedała mi alkohol. M usłyszał od niej, że on nie musi, bo wygląda już na kogoś starszego.
Słońce grzeje niemiłosiernie dzień w dzień a bliskość równika sprawia, że bardzo łatwo tutaj o oparzenie. Choć wysmarowałem się grubo kremem spaliłem sobie uda i nie dość, że wyglądam jak jednostronnie spieczony tost to w dodatku nie mogę siedzieć. M przyniósł mi całą torbę lodu i aktualnie ulgę przynosi mi tylko siedzenie na niej gołą d..ą.