Dopóki starczy sił…

… ile razy otrzymuję negatywną odpowiedź w sprawie pracy, powtarzam sobie niczym mantrę, że nie ma sensu żałować naszych życiowych wyborów, bo w momencie kiedy je podejmujemy, to wydają się najlepszymi decyzjami, a przecież nie jesteśmy w stanie przewidzieć ich konsekwencji.

Tkwię w stereotypach nie ważne czy siedzę bezczynnie w domu, pracuję, chodzę w garniturku, podróżuję, szukam pracy, robię zakupy czy planuję. życie stało się gonitwą. Ciągle szukam czegoś więcej i to przeraża. Ani pieniądze, ani kolejne mieszkania, złote karty, piękne przedmioty, ani kariera wcale nie przyniosły mi szczęścia ani spełnienia. Może za wyjątkiem podróży i M… Na początku wszystkiemu temu towarzyszyło bardzo przyjemne uczucie, ale im wyżej wchodzi się po drabinie, tym większy stres i tym mniej życia w życiu. Dawne przemyślenia dopadają mnie na nowo i jakby z większą intensywnością – zmienił się tylko powód.

Staram się trzymać z dala od ludzi głupich złośliwych, zazdrosnych i małostkowych. Z upływem ostatnich miesięcy przestałem być odporny na komentarze i głupio mądre porady od „go ahead be tough zwizualizuj swoją przyszłość” osób z portali społecznościowych, imprez towarzyskich, wszystkich pseudo znajomych, którzy na wszystko mają gotową receptę, pozjadali wszystkie rozumy i prowadzą „very cool” życie, nie mają żadnych wątpliwości, zakrętów w życiu, minimalnych zawirowań czy gorszych okresów, ślepych uliczek i jakichkolwiek traum, mogą gardzić każdym komu nie idzie zbyt dobrze, bo przecież sam jest sobie winien. Sypią jak z rękawa pomysłami i głupio mądrymi poradami: jak się podnieść z depresji, wiadomo, trzeba wziąć się w garść. Nie masz pracy, znajdź nową. Jak wyjść z długów? Też wiadomo, trzeba wziąć się do roboty. Jak nie czuć się samotnym? Ha, wiadomo, trzeba po prostu kogoś poznać. Ich ego i przekonanie o własnej nieomylności jest, niestety wprost proporcjonalna do prezentowanej ignorancji.

Odkąd moje życie zawodowe przestało być kolorowe, powróciło czarnowidztwo najbardziej w świecie boję się oceny i wyroków ferowanych przez takie właśnie okrutne, pozbawionych empatii ludzi.

Dopiero gdy wszystko się ułoży nie będę nawet pamiętał, że mogłem przejmować się zdaniem takich osób. Fachowo nazywa się to chyba syndromem ofiary: człowiek liczy się z tym, co ludzie gadają. Wstydzi się i kłamie na potęgę.

Opublikowano praca | Otagowano , | Skomentuj

Wsiąść do pociągu byle jakiego

Po Włoszech podróżowałem głównie pociągami, z Berna do Mediolanu, dalej do Parmy, stamtąd do Bolonii, a potem do Rzymu, Rimini, Ferrary i Modeny. Na własnej skórze sprawdziłem jak działa włoski system komunikacji kolejowej. O ile podróżowanie taką np. czerwoną strzałą 350km/h jest doświadczeniem porównywalnym do podróży japońskim Shinkansenem, to w pozostałych sytuacjach pięknej Italii bliżej było do krajów Trzeciego Świata.

Czym kieruje się zawiadowca przy ustalaniu, w której strefie peronu ustawią się odpowiednie klasy wagonów pozostaje dla mnie wielką nierozwikłaną zagadka. Na elektronicznej tablicy odjazdów napisane jest niby „wagony klasy pierwszej w tylnej części składu” ale dziwnym trafem, za każdym razem byłem zaskakiwany i wielokrotnie przyszło mi biec sprintem przez całą długość peronu, bo mój wagon nie zatrzymał sie tam gdzie powinien.

Także samo kupno biletu czasami nastręczało mi nie lada trudności: pociągi dzielą się ze względu na operatora: Trenitalia, Italo i jeszcze trzeci obsługujący połączenia autobusem.. Specyficzność polegała na tym, że w zależności od przewoźnika gdzie indziej kupowalo się bilet, zdarzylo mi się stać w kolejce po bilet do niewłaściwego automatu po czym odchodziłem z kwitkiem i musiałem na nowo ustawiać się w nowym szeregu.

Wracając z Rimini w Dniu Wyzwolenia pomyślałem: kupię bilet w pierwszej klasie, mniejszy tłok i bede mógł wygodnie posiedzieć. Wpadłem w lekkie osłupienie kiedy na stację wtoczył się pociąg tylko z jednym wagonem klasy pierwszej i zatrzymał się na innym peronie niż podawano, tak żeby wszyscy pasażerowie musieli pędem zbiec po schodach i przebiec przejściem podziemnym na właściwy tor. Naturalnie podróżujących pierwszą klasą okazała się cała masa, żeby było zabawniej sprzedano więcej biletów niż istniało miejsc w przedziale, ledwo zmieściłem się na korytarzu a żeby mieć czym oddychać wpakowałem się do toalety, bo tylko tam można bylo otworzyć okno. Zaje-wdupe-fajnie.

Pamietam jak zrobiło mi sie żal na widok dwóch podróżujących wspólnie japońskich turystek – nieskazitelnie umalowanych, elegancko ubranych, z kuframi od LV – gdy przyszlo stawić im czoło włoskim pociągowym standardom.

Do tej pory nie rozkminiłem sensu podbijania biletu przed wejściem do pociągu.

Systematycznie zdarzało się także, że pociąg miał 20, 50 a nawet 100 minut opóźnienia, traciłem następne połączenie i przy przesiadce zgodnie z regulaminem przewozu należało nabyć nowy bilet a stary próbować refundować. Tylko kto ma na to siły, czas i nerwy spiesząc się do celu podróży?! A spróbuj jeszcze wsiąść do pociągu ze starym biletem albo niepodstemplowanym – portfel od razu staje się lżejszy o 50 euro.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Weekend

Rano przy śniadaniu minę miał nie tęgą, do hotelu wrócił na mocnym kacu, szczerze mówiąc, nawet nie wiem nawet o której, bo jeszcze spałem. Zostawiłem go w Qube po tym jak zorientowałem się, że całkiem nieźle wychodzi mu urabianie tubylców a nieograniczony dostęp do kolejnych kolorowych drinków gwarantowany ma całą noc. Czy był świnką i robił coś w zamian w to już nie wnikałem. Cieszyłem się na myśl, że miałem go wreszcie z głowy.

Podczas gdy on odsypiał nieprzespaną noc zamówiłem taksówkę i kazałem zawieźć się pod Panteon. Mówi się, że jak człowiekowi niczego nie potrzeba i niczego nie szuka, wtedy najłatwiej o udane zakupy i tak właśnie było w moim przypadku. Wprost z ulicy wszedłem do sklepu z odzieżą dla panów i niechcąco znalazłem sobie piękny garnitur od włoskiego projektanta, który odbiorę przy następnej wizycie w Wiecznym Mieście. W ułamku sekundy poprawił mi się nastrój, w niepamięć poszła ostatnia noc i „garb” który za sobą tutaj ściągnąłem, potem jeszcze tylko kawka, aperol spritz i byłem gotowy odkrywać Rzym w pojedynkę, dziwna radość zapanowała w sercu a uśmiech nie schodził mi z twarzy.

Goran dojechał do mnie dopiero po 14, zabrałem go na lunch do najbardziej zapyziałego turystycznego gniota w sercu Piazza Navona, gdzie serwują same turystyczne menu a taką np. caprese za  okazyjną cenę 18 euro… Rozkoszy podniebienia nie uraczyłem, ale za to pierwszy raz siedziałem na obiedzie w restauracji w samym sercu największej turystycznej atrakcji Rzymu, z cenami z kosmosu. Mocne słońce i kolejne dwa aperole sprawiły, że jakoś przełknąłem tę gorzką pigułkę a arcywysoki rachunek poszedł w niepamięć.

Nie wiem ile kilometrów zrobiliśmy tego dnia, pieszo dotarliśmy do Campio di Fiori, Piazza Navona, Castel Sant’Angelo, Watykanu, fontanny di Trevi, Forum Imperiali i Koloseum a na koniec dnia nie czułem już nóg. Nie było jednak zmiłuj się i kolejny wieczór spędziliśmy w klubie, tym razem w Planet na Via del Commercio. Pojawiliśmy się tam późno w nocy, było dobrze po pierwszej, obawiałem się, że może nie będą chcieli nas wpuścić, ale zupełnie niepotrzebnie. To miejsce o wiele bardziej przypadło mi do gustu: kolorowy, rozbawiony tłum, kilka sal tanecznych, różnorodna muzyka, brak kolejek do baru i względna czystość, mieli nawet pokaz karaoke, które kilka razy udało mi się zobaczyć przechodząc z jednej sali do drugiej i muszę przyznać, że niektórzy naprawdę dali popis talentu.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Weekend w Rzymie

Z upływem lat wydaje mi się, że głupiej torby życie niczego nie nauczyło, bo wciąż zdarza mi się pakować w bardzo dziwne sytuacje, na dodatek na własne życzenie i za własne pieniądze. Kiedyś miałem to samo ze spontanicznymi wyjazdami, wystarczyła jedna myśl a już kupowałem bilet na samolot i rezerwowałem hotel w jakimś odległym miejscu na świecie. Od kilku miesięcy miałem zaproszenie od G. do Belgradu, ale wpadłem na genialny pomysł, żeby ściągnąć małolata na weekend do Rzymu. Wydawało mi się to genialnym pomysłem, ale im bliżej było jego przyjazdu, tym mniejszy stawał się mój entuzjazm. Z Bolonii dotarłem do hotelu przed nim, wypiłem drinka na dachu hotelowego baru, zdążyłem wziąć gorącą kąpiel, ale na samą myśl, że wieczorem mamy iść na całonocne balety przewracałem oczami, klnąc w duchu, że potrzebny mi on tutaj jak kurwie różaniec, że też musiałem fundować sobie takie atrakcje i zawracanie dupy. Tak to już jest z małolatami, przeżywają takie wyjazdy jak żyd okupację, nie w głowie im kolacje i spokojne wieczory, ale dyskoteki, kluby i zabawa do białego rana. Na dodatek szybko okazało się, przystawiam drabinę do niewłaściwej ściany, dzieci z tej znajomości nie będzie, kolega zupełnie nie w moim klimacie, do tego mało wspólnych tematów – po prostu dwa różne światy. Przez chwilę nawet starałem się coś zagadać, ale szło mi to jak dziwce w deszcz, a kolega napalony był na wyjście do klubu jak Arab na kurs pilotażu. Przed północą nagle gdzieś zniknął, łudziłem się, że nie wróci ale wrócił około pierwszej i taksówką pojechaliśmy do Qube…

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Dzień za dniem

Zupełnie inaczej wygląda nauka języka na poziomie B2/C1. To całkiem inny poziom komunikowania się z nauczycielem i grupą, zupełnie inny sposób uczenia się i przyswajania wiedzy, niesamowite ile nowych rzeczy potrafię przyswoić w ciągu tych kilku porannych godzin. Ta swoboda w komunikowaniu się jest bardzo budująca i dodaje mi skrzydeł: z entuzjazmem robię zakupy w sklepach, rozmawiam ze sprzedawcami, pakuję się w sytuacje w aptece, u optyka, na dworcu byleby tylko mówić po włosku. Ktoś może zdziwić się, przecież na codzień po włosku mówię w domu, ale z różnica polega na tym, że nawet nie wiem kiedy M. przestał mnie poprawiać, wypracowaliśmy swój język, czasami zrozumiały tylko dla nas i nie ważne czy użyję conjuntivo, passato prossimo czy imperfetto on i tak mnie zrozumie. Z jednej strony to bardzo wygodne, z drugiej blokuje mnie w poprawnym mówieniu co wychodzi dopiero gdy rozmawiam z kimś obcym.

Najlepiej dogaduje się z Japonką, która tak zabawnie mówi po włosku, że aż miło się jej słucha. Nie dość, że jest bardzo ładna jak na Japonkę to jeszcze ma ten swój sexy akcent, przez który – zgaduje – złamała w Bolonii nie jedno męskie serce.

W grupie mam też dwie Szwajcarki, jedną z francuskiej części i tak subtelną i ładną, że aż miałbym ochotę się dla niej nawrócić, jednego wyluzowanego, długowłosego Szweda i wygadanego młodziutkiego Holendra z biżuterią nazębną. Może nie jesteśmy super zgrani, ale wspólne zajęcia zawsze są pełne śmiechu i miłą okazją do wymiany doświadczeń oraz ciekawostek o własnych kulturach.

Każdy poranek zaczynam swoim małym śniadaniowym rytuałem na Piazza Santo Stefano. Zrezygnowałem ze śniadań w domu, wolę wyjść wcześniej by po drodze na zajęcia zatrzymać się w swoim ulubionym barze na świeżo wyciskany sok, cappuccino i brioche. Po kilku takich wizytach pracujące tam panie zaczęły mówić mi dzień dobry a ostatnio nawet nie muszę podchodzić do baru by złożyć zamówienie, bo same wiedzą co podać. I jak tu nie kochać Włoch?!

Dla każdego kto po raz pierwszy odwiedza Bolonię, niezliczona ilość arkad może wydawać się istnym labiryntem, bo niemal każda z ulic wygląda identycznie. Nawet mnie zdarzyło się zabłądzić, choć drogę z domu do szkoły i spowrotem przemierzam regularnie kilka razy dziennie.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 4 komentarzy

La famiglia

Zwykle podczas kursów zatrzymuję się w hotelu albo wynajmuję mieszkanie, ale tym razem uległem namowom M, który usilnie przekonywał mnie że przy włoskiej rodzinie będzie mi lepiej, otworzę się bardziej na kulturę, dostarczy mi dodatkowych atrakcji, zaproszą mnie do uczestnictwa w swoim codziennym życiu. Niestety nic takiego się nie stało, choć parę nieudanych prób juz było. Zdałem sobie sprawę, że wyobrażenie M. o mieszkaniu przy rodzinie podczas kursu językowego ma się niejak do rzeczywistości. Gdyby to on był godpodarzem myślę że dwoiłby się i troił aby zapewnić gościowi mnóstwo atrakcji, od tych codziennych, kulinarnych, po wycieczki za miasto, wspólne oglądanie filmów, imprezy i poznawanie wszelkich aspektów życia danego kraju. Nie narzekam, bo rozumiem że każdy ma swoje życie, nie jestem przecież dzieckiem. Wspólne spędzanie czasu ogranicza się tylko do wspólnych kolacji co 2-3 wieczór podczas, których moi opiekunowie raczą mnie minestrone, zieloną sałatą i wodą. No cóż, na szczęście wokół jest pełno barów i restauracji, więc prawie co dzień odkrywam jakieś nowe miejsce.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

La quotidiana

Jest dobrze, z rodziną u której się zatrzymałem praktycznie się nie widujemy. Oboje dużo pracują i albo siedzą po godzinach na dyżurach albo znikają gdzieś na całe godziny odwiedzajac swoich znajomych. Na początku trochę mi ta ich nieobecność i zarazem niedostępność przeszkadzała, nie określili bowiem żadnych reguł jak mam przez tych następnych pare tygodni z nimi egzystować. Mało przydatny okazał się Gaston, który głównie siedzi zamknięty w swoim pokoju, przegląda rzeczy na internecie, uczy się albo nawet onanizuje. Zaproponowałem mu wspólne wyjście wieczorem, ale wybrał naukę… Może to i dobrze bo jako towarzysz do odkrywania smaczków Bolonii raczej mało się nadaje: nie pije wina, w ogóle alkoholu, jest wegetarianinem, w dodatku typowym mrukiem, który mało co ma do powiedzenia i gdyby jeszcze tego było mało jest mało urodziwy, więc Bolonię poznaję sam, tudzież poprzez lokany koloryt, który może nie najinteligentniejszy ale za to optycznie smakowity.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Bel far niente

Przyznam szczerze że mialem kilka momentów kiedy zastanawiałem się, co ja tutaj właściwie robię. Mimo że przyjechałam do Bolonii, by uczyć się języka i doznawać przyjemności obcowania z włoską kulturą, to podczas pierwszych dni pobytu w tym mieście zaczęłam odczuwać dziwny dyskomfort a czasem nawet nudę, nie bardzo wiedząc, co mam ze sobą zrobić. W końcu przecież czysta przyjemność nie jest mi ostatnimi czasy obca, od kilkunastu miesięcy jest nieodłączną częścią mojego codziennego rytuału. Ma to trochę związek z pogodą, bo z dnia na dzień zrobiło się zimno, rano jest raptem 7 stopni a słońce prawie nie wychodzi zza chmur, wczoraj na dodatek lało przez większość dnia i wychodząc w przerwie zajęć na szybki lunch zmarzłem na kość.

Dziś wieczór mieszkanie zamieniło się w strefę wojny domowej. Mecz piłki nożnej. Słyszałem że Włosi się tym ekscytują i faktycznie tak było, dziadki darły gęby na całe gardło i od progu wyglądali mi na mocno rozgorączkowanych. Rzucali w stronę graczy mięsno kwieciste i językowo skomplikowane wiązanki a ja wsłuchiwałem się w tę tyradę. Potoczyste przekleństwa wlewały się od czasu do czasu do mojego ucha i wychodziły drugim, za każdym razem gdy na płycie boiska dochodziło do jakiś niesprawiedliwości podskakiwali, wymachiwali wściekle rękami i spektakularnie klęli jakby awanturowali się na ulicy. Takiego włoskiego na kursach nie uczą.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Niczym Un Bel Addormentato

Kolacja przy desce mortadeli i prosciutto oraz butelce cudu zwanym Lambrusco – nigdy wcześniej nie próbowałem czereśnio-czerwonego musującego wina z dziwną pianką i w sumie smakowało lepiej niż wyglądało choć moc miało chyba zerową.

Pierwsza noc upłynie mi pod znakiem śpiącej królewny czy raczej śpiącego królewicza,   dostałem bowiem pokój córki, która wyjechała do Francji na studia. Pokój jak pokój za to oczojebnie różowy – od ścian, po firany, zasłony, meble i pościel. Czuję się trochę jak w słodko pierdzącym świecie Matel. Od razu podzieliłem się zdjęciami pokoju z M. który tylko mnie rozwalił, uświadamiając że prócz różowego i fuksji istnieje jeszcze róż antyczny…

Opublikowano podroze | Otagowano , , | Skomentuj

Nietypowa wielkanoc

Pomysł spędzenia wielkanocy we Włoszech okazał się naprawdę dobry. W polsce leje i zapowiadają nawet śnieg a w Parmie 25 stopni! Dzień przed wyjazdem wybraliśmy się z M. na kolację do Giardino, nazajutrz mogłem spokojnie spakować walizki i zdążyć na pociąg. Pierwsza na trasie była Parma, z rejonu znanego z surowej podsuszanej i bardzo delikatnej szynki o chakakterystycznym lekko słodkawym smaku. Uhm pychota. Z dworca do hotelu dotarłem pieszo, bo położony był raptem 300 m od głównej stacji. Przedarłem się tylko przez hordy czarnoskórych emigrantów okupujących rejon dworca jak i okalające jego okoliczne ulice. Słońce grzało późnopopołudniowym cieplem i aż się chciało wygrzewać w jego promieniach. Znalazłem miły, przytulny bar, zamówiłem aperol i zdawało mi się że niczego już więcej nie potrzebuję do pełni szczęścia. Wyróżniałem się jako obcokrajowiec, bo jako jeden z nielicznych paradowałem w krótkim rękawku podczas gdy rodowici mieszkańcy spacerowali opatuleni szalikami, w cieplejszych okryciach albo nawet kurtkach. Miasteczko jest małe i ma swój urok, ale jeden dzień w zupełności mi wystarczył żeby nacieszyć się jego atmosferą. Brakowało mi M., gdyby tu był na pewno wyszukałby dla nas jakieś magiczne miejsce na wyjątkową kolację a tak zdany byłem wyłącznie na siebie.

Śniadanie wielkanocne jadłem sam, było nietypowo bo wcisnąłem w siebie dwie salaterki świeżych owoców, żadnych żurków, jajek czy święconki. Nie było mi z tym źle, bo czy wszystkie śniadania wielkanocne muszą składać się z niemal obiadowego obfitego posiłku? Pociągiem w ciągu niespełna godziny dotarłem do Bolonii. Bolonia jest cudowna! To pierwsze wrażenie kiedy wyszedłem z hotelu. Dziesiątki eleganckich sklepów, restauracji, trattorii, osterii, kiosków tabacchi zlokalizowanych w starych kamienicach, wśród wąskich, brukowanych uliczek, a wszystko skryte pod kilkudziesięcioma kilometrami arkad, które sprawiają wrażenie ciągnących się w nieskończoność. Niespiesznie moglem włóczyć się po mieście odkrywając kolejne przydomki i symbole miasta nazywanym czasem miastem arkad, dwóch wież, jak również tłustym, czerwonym i wszystko to wydaje się być prawdą. Powód nazywania Bolonii „miastem arkad” staje się oczywisty przy pierwszym spacerze. Wysokie i przestronne arkady (tudzież portyki) ciągnące się głównie wzdłuż ulic jego historycznej części. Niektóre fragmenty są bardziej zadbane, odmalowane, ale nie przy każdej kamienicy farba trzyma się ścian. Można odnieść wrażenie chodzenia po wielkim, średniowiecznym labiryncie, który ciągnie się niemal przez całe stare miasto. Poza niewątpliwymi walorami estetycznymi, taka architektura ma swoje względy praktyczne. Ciągnące się kilometrami arkady skutecznie chronią zarówno przed promieniami słońca w upalnym lecie, jak i jesiennym deszczem czy wiatrem. Jest niedziela wielkanocna, ale część sklepów i większość restauracji i barów jest otwarta, wszędzie widać tłumy ludzi i jest cudownie. Nie wiem czemu, ale czuję że będzie mi się tutaj bardzo podobać.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj