Kalejdoskop

Trochę pechowo zaczął się ten rok…
Z pracą posucha – przeszedłem dwie wieloetapowe rekrutacje, w obu dotarłem do finału i w każdym przypadku okazałem się tym „drugim” najlepszym. Nie mam sobie nic do zarzucenia, bo sumiennie przygotowywałem się do wszystkich rozmów, a przegrałem bo, nie chcę sprzedać się tanio. Stawiam mocno wyśrubowane warunki finansowe i jestem tego świadom, że może nie być łatwo, ale kto nie ryzykuje ten nie ma.
Na początku stycznia M. utknął na lotnisku we Włoszech. Poleciał na 2 dni do domu na urodziny siostrzenicy, gorliwie przedtem namawiając mnie żebym mu towarzyszył. Z dwudniowego wyjazdu zrobił się pięcio, bo niespodziewanie spadł śnieg, który sparaliżował życie w całych południowych Włoszech, zamknięto wszystkie lotniska, szkoły, wiele sklepów, na ulicach brakowało pługów a w domach ogrzewania, którego nigdy się tutaj nie instalowało. M. codziennie jeździł na lotnisko w Brindisi licząc na to, że może tego dnia wyleci do Zurychu i przez 2 dni neokrągło wracał z kwitkiem. Klął przy tym jak szewc, bo codziennie od rana musiał stać w korku na autostradzie, oddawać auto do wypożyczalni, na nowo je wypożyczać, by w potężnym korku, na śliskiej nawierzchni, bez zimowych opon przedzierać się mało przejezdną autostradą, bo inaczej nie dostałby się do rodzinnego domu. Pierwszego dnia nie zapomnę nigdy, bo mieliśmy ze sobą gorącą linię, na bieżąco informowałem go czy wyleciał samolot z Zurychu, dzwoniłem po wszystkich centrach obsługi Swissa próbując dowiedzieć się kiedy najprawdopodobniej będzie mógł wrócić do Szwajcarii.

Moja matka zemdlała i złamała nogę. Narobiła tym wszystkim strachu, na pogotowiu wsadzili ją w gips i pewnie poczułaby się już lepiej gdyby na kontrolę do ortopedy nie poszła z cycami wywalonymi na mróz – wieczorem dostała dzikiej gorączki, bólu zatok, straciła apetyt i z dnia na dzień dosłownie zaczęła niknąć nam w oczach. Powinna była pójść do neurologa, zrobić sobie badania, ale ona niczym samozwańcza doktor z Leśnej Góry, żyjąca serialami o lekarzach, postanowiła nie słuchać nikogo i leczyć się sama nie szczędząc nam wszystkim przy tym iście teatralnych przeżyć. Skutek był taki, że ojciec musiał w końcu znowu zadzwonić po karetkę, ale nawet wtedy cierpiąca z bólu i przelewająca się przez ramię nie przestawała być sobą: lekarze pogotowia mogli wynosić ją tylko po zmroku, kiedy na dworze było już ciemno, tak żeby sąsiedzi nie widzieli, musiała mieć nałożony make-up, umyte włosy i zrobione pazurki, ojciec pod jej dyktando pakował najpotrzebniejsze i najwłaściwsze jej zdaniem części garderoby i dopiero wtedy dała hospitalizować. W ostatniej chwili prawie się wyłamała gdy lekarz pogotowia, napomknął, że może spać na korytarzu… Publiczne szpitale w Polsce rzadko przypominają te z Leśnej Góry, o pojedynczych pokojach z łazienką raczej się nie słyszy i nie wiem kogo ona postawiła tam do pionu, ale na miejscu dostała dwójkę tylko dla siebie.
Przez pierwsze dwa tygodnie od wypadku nie chciała zrobić sobie badań, nieustannie przekładała wizytę u neurologa, znajdując różne wymówki, bo ona sama wie lepiej co jej jest. Dopiero w szpitalu zrobili jej rezonans i prześwietlenie głowy, ale nic nie znaleźli tzn. nic prócz – o dziwo – mózgu.
Na weekend byłem akurat w Warszawie, zostałem dwa dni dłużej i w niedzielę poleciałem na cały dzień do Wrocławia na własne oczy przekonać się do czego zdolna jest moja matka. To dopiero pierwsza tak poważna sytuacja kiedy to ona potrzebuje naszej pomocy i po tym co przeżyliśmy, boję się pomyśleć jak trudno będzie z nią wytrzymać w przyszłości.

Jak się wali to się wali już wszystko. Babcia też wylądowała w szpitalu, niemal całkowicie przestała słyszeć, nie ma z nią prawie kontaktu, z dnia na dzień przestała rozpoznawać członków rodziny. Przeleżała w szpitalu Lubiniu 3 dni po czym matka kazała przywieźć ją do nas do domu do Wrocławia, bo u siebie w mieszkaniu gotowała mleko na patelni, w oczy wlała sobie oliwkę dla dzieci przez co podrażniła sobie narząd wzroku i ogólnie zrobiła się niebezpieczna dla samej siebie. Ojciec mało nie wyszedł z siebie i nie stanął obok jak usłyszał, że przez najbliższe kilka tygodni będzie miał pod opieką cudowny duet – żonę i teściową.
Matka wtrąca się teraz we wszystko co dotyczy leczenia jej matki, telefonicznie i whatsupowo wydaje rozkazy, zdalnie kieruje opieką nad nią, rzuca komendy i wydaje dekrety, ustawia jej nawet leki, a najgorsze jest chyba to, że w ogóle nie daje sobie nic powiedzieć, bo uważa się za specjalistką od wszystkiego. Powoli mamy wszyscy dość całej tej szopki, sytuacja nas eykańcza, ojciec jest jak tykająca bomba. Ja i mój brat i tak mamy przy tym farta, ja – bo mieszkam daleko a on, że poleciał na 3 tygodnie służbowo do Palo Alto.

Nie wyobrażam sobie jak długo to jeszcze wszystko potrwa, ale wiem jedno, że gdyby ode mnie to zależało byłbym bardziej radykalny.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Błogi relaks w Dubaju

Każdego poranka budząc się widziałem jak M. przesiadującego na tarasie i przyglądającemu się tętniącemu życiem JBR Walk oraz wielkiemu placu budowy Dubai Blue Water z powstającym największym diabelskim młynem na świecie. Na samą wyspę będzie można się dostać między innymi kolejką linową czy podobnie jak na Palm Jumeirah – jednoszynowym pociągiem. Tradycyjnie pojawią się na niej hotele, rezydencje mieszkalne i miejsca ogólnie dostępne dla turystów takie jak souk czy promenada. Dziś widać dopiero szkielet koła karuzeli, ale zapewniłem go, że gdy przylecimy tu za rok zdziwi się jak szybko ukończono całą inwestycję, bo taki właśnie jest Dubaj, nieustannie zmieniający się, rozrastający i pnący. M. zrozumiał dlaczego wiele osób uwielbia to miejsce i tak do niego lgnie. Zachęcał mnie nawet, żebym poszukał tutaj pracy, bo nie miałby nic przeciwko częstemu podróżowaniu między Szwajcarią a Emiratami.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

JBR Walk

Tak jak przypuszczałem M. zachwycił się Dubajem i całą tą otoczką bogactwa oraz luksusowych marek. Codziennie powtarzał jak niesamowicie relaksuje go leniwa atmosfera JBR Walk, zachwyca widok wysokościowców vis a vis plaży oraz estetyka i nowoczesność z jaką wybudowano to miasto. Każdy dzień spędzaliśmy bardzo leniwie, śpiąc do 11, potem śniadanie a raczej lunch, jakieś sklepy albo leżenie w słońcu a wieczorem kolacja. Pierwszy dzień spędziliśmy w Dubai Mall, wjeżdżając na Burj Khalifa i oglądając pokaz fontann przy okazji kolacji w Abdel Wahab. M. zachowywał się w miarę normalnie, o dziwo nie wpadł w żaden szał zakupowy, mało gwiazdorzył, jedna z niewielu ekstrawagancji na jakie sobie pozwolił to lunch w Caffe Armani i kolacja w JW Marriott, na którą skusił mnie ostatniego wieczoru przed wylotem. Była okazja żeby porozmawiać o zalegalizowaniu naszego związku i całej logistyce związanej z tym wydarzeniem. Zawsze wydawało mi się, że zorganizowanie naszej uroczystości to będzie pestka, ale jak zaczęliśmy głośno wymieniać się myślami i planami jak sobie wyobrażamy to wydarzenie to okazało się, że musimy chyba jeszcze trochę między sobą ponegocjować, bo inaczej nie starczy nam oszczędności życia by za to wszystko zapłacić. Po za tym wcześniej czeka nas skompletowanie wszystkich potrzebnych dokumentów a to wymaga mojej wizyty w Polsce, bo przez konsulat w Bernie będzie trwało to miesiącami i za nie małą kasę.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Jumeirah Beach

Rano mieliśmy iść na plażę i spędzić tam caly poranek, zjeść śniadanie w jednej z kafejek na JBR Walk, wypić kawę i po prostu się relaksować ale plany spaliły na panewce. M. kładł się spać ze straszynym bólem głowy, cierpiał do prawie 3 nad ranem a gdy wreszcie zasnął chrapał jak suseł i nie miałem serca budzić go rano i ciągnąć ze sobą. Myślę, że jest to kara, za nasze wygłupy w samolocie. Razem z M. nalożyliśmy sobie pledy na glowę imitujące burkę i pstrykalismy sobie głupkowate fotki. Jest już po południu, ciepło, 25 stopni, świeci słońce a my jeszcze łazimy w pidżamach. M. przesiaduje na tarasie z widokiem na morze i Palm Jumeirah i co chwile szczerzy zęby bo ewidentnie mu się tutaj podoba. Dostaliśmy ładny pokój w Sofitelu czego nie można powiedzieć o samym hotelu… jakiś takich cały jest zużyty i stary.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Podsumowanie roku po czasie

Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię tutaj pisać bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba.
Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Tak jest i teraz. W zeszłym roku wydarzyło się tak wiele, choć każdy kolejny dzień uciekał w tempie ekspresowym. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem. Nie mam sobie nic na zarzucenia, udało mi się spełnić wiele z listy zaplanowanych rzeczy, nawet nauczyłem się nowego języka, który od lat spędzał mi sen z powiek. Tylko nowej pracy muszę szukać dalej…

Opublikowano podroze, praca | Otagowano , | Skomentuj

Unlimit yourself

Oczekiwanie na wyniki interview jest stresujące. Chodzę nieswój, nabuzowany, spięty, czuję jednocześnie jakby ból i niepokój, jakby za moment miała mi pęknąć jakaś żyłka a ja eksploduję – niepewność doprowadza mnie szewskiej pasji. Czuję mrowienie w każdej części ciała, gdy kładę się spać myślę o tym czy gdy zadzwonią usłyszę ‘’tak’’, przy każdej – nawet najprostszej czynności – towarzyszy mi podenerwowanie, które wzmaga się z każdym dniem oczekiwania na wynik. Myślę o tym rano gdy otworzę oczy, parząc poranną kawę albo biorąc prysznic, szykując śniadanie, jadąc kolejką do miasta, robiąc zakupy – nieustannie. Kilka razy na godzinę instynktownie zerkam na ekran komórki, sprawdzam czy działa numer, czy nie padła mi przypadkiem bateria w telefonie, czy dźwięk nie jest czasem wyciszony. Rodzina, przyjaciele, znajomi dopytują w kółko: i co, wiesz już, dzwonili, jak wyniki? – odpowiadanie im staje się nieznośne. Wiem, troszczą się i interesują, ale ja mam sobie za złe, że ich w to wtajemniczyłem, bo ewentualną porażkę łatwiej byłoby znieść w samotności. Próbuję się pocieszać, że byłaby to tylko przegrana a nie katastrofa, zwyczajnie tym razem ktoś okazał się lepszy, ktoś lepiej wpasował się w rolę, w profil i oczekiwania firmy. Z drugiej strony słyszę wewnętrzny głos podpowiadający mi: przecież byłem najlepszym kandydatem, znam swoją wartość, wiem że podołałbym tej pracy. Dawno na niczym tak bardzo mi nie zależało jak teraz na tej ofercie, stanowisko i firma po prostu cacuszko, przynajmniej dopóty nie opadną klapki z oczu, nie minie pierwszy zachwyt i uwielbienie, które zawsze w końcu giną w konfrontacji z rzeczywistością, ludźmi i nowym środowiskiem. Nie mniej chciałbym, żeby dano mi szansę się o tym przekonać, żeby to mnie wybrano, żeby okazało się, że byłem najlepszy, że pokonałem pozostałych kandydatów, że jestem zwycięzcą.

Razem z M. ostrożnie formułujemy plany wynajęcia nowego mieszkania, przyszłych wyjazdów, planujemy i kreujemy przyszłość za każdym razem dodając ‘’o ile dostanę tę pracę’’. M. niesamowicie mnie wspiera i dopinguje, słyszę to od niego codziennie, widać że i jemu bardzo zależy, co jest niesamowicie budujące. K. powtarza mi jak mantrę: ‘’poczekaj, zobaczysz, masz tę pracę, będzie dobrze’’ i ja jej wtedy mocno wierzę, ale potem przychodzą takie chwile zwątpienia, że zatrudnienie dostanie ktoś inny, bo przecież nie zawsze jest tak, że posadę dostaje najlepszy kandydat spełniający wszystkie warunki, życie nie jest sprawiedliwe a korporacje też rządzą się swoimi wewnętrznymi prawami i układami, nie zawsze wszystko jest transparentne i przewidywalne.

Nie potrafię znaleźć sobie miejsca w domu, próbuję wynajdować sobie różne zajęcia, ale nie umiem skupić się na niczym, nawet na najprostszej czynności, odkurzam, sprzątam, myję naczynia, prasuję, bezmyślnie w coś gram albo oglądam filmy, ale w środku wciąż czuję ten sam niepokój, który każe mi kierować myśli w niepewną przyszłość, co będzie jak mnie nie wybiorą? Life is what happens while you are making other plans – banał. Czuję jak skręca mnie w środku, jak przeżera mnie strach, napięcie i stres, nawet ręce mi drżą.

Momentami chciałbym, żeby już zadzwonili, powiedzieli że nie dostałem tej roboty i żeby było po wszystkim, mógłbym zacząć proces dochodzenia do siebie, gojenia ran zranionej dumy i ego. Z drugiej strony cieszę się, gdy mija kolejny dzień a telefon milczał, mogę dalej mamić się że może dopiero jutro nadejdzie ten dzień, mogę się tak łudzić dopóty nie zadzwoni telefon. Jawny masochizm – nieustannie nakręcam się i odkręcam i tak już od kilku dni, prawdziwa huśtawka nastroju, szybuję w górę by po chwili spaść z impetem w megadół. Nie pomaga palenie ani picie, niepokój nie znika. Chciałbym, żeby to się już skończyło i żeby wszystko ułożyło się po mojej myśli. Jestem beznadziejny, wiem, nie potrafię znaleźć dystansu, napięcie widać w moim codziennym zachowaniu. Przeraża mnie myśl że, jeśli usłyszę odmowę to zostanę z niczym, obudzę się z ręką w nocniku, znajdę się w zawodowej czarnej dupie, bo to stanowisko zostało stworzone jakby pode mnie, nic lepszego już nie znajdę. Będę miał bardzo gorzką pigułkę to przełknięcia, usłyszę że to i tamto było nie tak, że się nie wpasowałem, że nie dałem rady udźwignąć ciężaru assesment center, typowy korporacyjny bełkot. Poznałem pozostałych 3 kandydatów z tzw. short listy i wiem że jestem najlepszy a oni zostali podstawieni tylko po to, by spełnić wymagania assemsnet center, taki sztuczny tłum, bo takie są przecież wymagania każdego procesu rekrutacyjnego w korporacji.

Wewnętrzny głos zdaje się krzyczeć żebym pamiętał o tym co mam, przypomina że jestem bardzo dobry w tym co robię, że nie może się nie udać. Presja jest nieznośna, dopadają mnie najczarniejsze scenariusze, negatywne emocje mieszają się z nadzieją, że wszystko będzie dobrze…

Opublikowano praca | Otagowano | 2 komentarzy

2 dni w słońcu

Odkąd pamiętam M. trąbił o tym, że do najprzystojniejszych we Włoszech należą Sycylijczycy. Jakoś utkwiło mi to w pamięci i rzeczywiście poznałem paru Sycylijczyków, że normalnie kopara opada taka petarda testosteronu. tak więc gdy M. poleciał do domu ja korzystając z okazji sprawiłem sobie bilet do Katanii. Na lotnisku w Zurychu przed wejściem do samolotu ustawiła się całkiem spora kolejka pasażerów udających się na Sycylię, wśród nich ja. Samolot miał ponad pół godziny opóźnienia więc miałem czas i sposobność popatrzyć sobie na co poniektórych współpasażerów podróży. Szału nie było, same jakieś trole, pączki, galeretowate, brzuchate plastusie, niedomyte, szare, styte drwale z siwiejącymi brodami i włosami, z drugiej strony przeraźliwie niejakie i chude wymoczki w znoszonych ubraniach po starszym rodzeństwie z kolczykami w uszach. Normalnie Albania…

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

koniec roku 2016

główną cechą mojego charakteru jest: nieodmiennie potrzeba planowania i dążenie do ogólnopojętej samowystarczalności, chęć zobaczenia całego świata i bycia w kilku miejscach jednocześnie
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, partnerstwo, testosteron, by sprawiał że chciałoby mi się być lepszym człowiekiem
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, uroda, uśmiech, elegancja, fajny biust
co cenię najbardziej u przyjaciół: że są przy mnie od lat nie za coś a pomimo czegoś, że rozumieją, gdy zdarza mi się im czegoś odmówić, że mogę rozmawiać z nimi o wszystkim
moja główna wada: natura tułacza i łajdaka, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, czasami oderwanie od rzeczywistości, seksoholizm, fajki, lenistwo, praca zrywami
moje ulubione zajęcie: planowanie podróży, spełnianie marzeń, latanie samolotem, surfowanie po necie, pozadomowe rozgrzewające igrzyska za pieniądze, sprawianie bliskim prezentów, jedzenie.
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, zobaczyć wszystko, co warte jest zobaczenia, by móc spokojnie skoncentrować się na pracy, oprócz tego zdrowie i bycie samowystarczalnym
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: stagnacja, rutyna, samotność, starość, choroba, bezsilność, brutalna agresja, bycie zależnym od innych
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez podróży, życie bez M, choroba, bieda, ubezwłasnowolnienie, zależność od kogoś, brak przyjaciół i internetu
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: chciałbym być lepszym człowiekiem, zawodowym pływakiem
kiedy kłamię: znikam z domu, mówię po włosku, angielsku lub polsku, najgorsze że, z czasem sam zaczynam wierzyć w te kłamstwa,
słowa, których nadużywam: ja pierdole, what the fuck
ulubieni bohaterowie literaccy: Elisabeth Gilbert
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, Zero, Lucia, Franco, Alicja, Bianca, Audrey, była firma
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, czasem tego co wyprawiam, u innych braku zdecydowania, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów, załatwiania spraw w urzędach
moja dewiza: chwytaj czas póki go jeszcze masz, my home is out of a suitcase
dar natury, który chciałbym posiadać: wieczną młodość, płaski i owłosiony brzuch bez konieczności ćwiczeń, oliwkową skórę, brak egoizmu i dumy
jak chciałbym umrzeć: szybko, nagle, bez bólu najlepiej we śnie i przed 50.
obecny stan mojego umysłu: po długim locie z Manili, umysłowo lekko rozbity ale trzeźwy
błędy, które najłatwiej wybaczam: wciąż przesuwam granicę tolerancji wszelakich błędów
największa porażka: brak ruchu, nadużywanie alkoholu i fajek, zbyt przedmiotowe traktowanie naprawdę fajnych facetów, od czasu do czasu pojawiające się zblazowanie, utrata kontaktu z Audrey

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Ostatni – Nina in Manila

Ten wyjazd był pewnego rodzaju pożegnaniem z Filipinami, w takiej formie, bo nie wiem czy jeszcze kiedyś tutaj wrócę. Opuszczając hotelowy pokój pomyślałem na głos „dziękuję i żegnam”, przed oczami mignęła mi masa wciąż jeszcze wtedy bardzo żywych i niesamowicie upojnych kosmatych wspomnień.

Przez niecały tydzień leniwie odpoczywałem na przyhotelowym basenie wlewając w siebie gin z tonikiem raz po raz chłodząc ciało w rześkiej wodzie.
W drodze do stolicy Filipin trochę obawiałem się zbliżającego się tajfunu Nina, ale na szczęście jego efekty nie były nadto dotkliwe. Padało mocno w dniu przylotu, ale nazajutrz po południu wyszło słońce i nawet nie było zbyt parno jak zwykle bywa o tej porze roku w tej części świata. Cieszę się że udało mi się odwiedzić Corregidor, Tagaytay, zobaczyć Intramuros, poznać całą masę niesamowicie fajnych ludzi. Takiego zastrzyku wrażeń i doznań nie gwarantuje żadne europejskie miasto, nawet Belgrad czy Berlin. Codziennie chodziłem wyczerpany i wyssany po wielu intensywnych godzinach spędzonych w zaciuszu hotelowego pokoju.

Trochę za wcześnie pojawiłem się na lotnisku Aquino, w 3 min nadałem bagaż i byłem wolny a do odlotu pozostały prawie 3 godziny. W gąszczu krętych korytarzy znalazłem lounge Qatar Airways, który zaraz na wejściu nie przypadł mi do gustu. Wyglądał raczej obskurnie, chociaż może to rzecz gustu, taka tania elegancja nawet nie z IKEI, meble sprawiały wrażenie jakby ktoś poustawiał je tutaj przypadkiem, pstrokate ściany, gdzieniegdzie dyndające świąteczne ozdoby, ponure światło. Przy barze do wyboru zimne napoje, zimne przekąski, zimne warzywa i owoce, lód w kostkach i przebrane ciastka i jakieś resztki alkoholu w pootwieranych butelkach – wszystko wyglądało jakby było stare i nieświeże. Tylko klimatyzacja hulała bezbłędnie. Leciałem ubrany w sam t-shirt i po 5 min dostałem gęsiej skórki i potwornych dreszczy. Na dodatek z powodu późnej pory zachciało mi się spać, ale w takiej temperaturze zaśnięcie byłoby nie lada wyczynem, chyba że z powodu hipotermii. Klnąc pod nosem, że ubrałem się jak fircyk, bo wszystkie ubrania z długim rękawem, szalik i kurtkę zostawiłam w głównym bagażu szybko opuściłem lokal.

Wszystko wydawało się sprzyjać by ta podróż pozostała wyjątkowa i niezapomniana – od Sofitela dostałem obszerny apartament z olbrzymim tarasem oraz mega wielkim i przytulnym orgazmodromem, z Dohy wracałem Dreamlinerem, którym lot zawsze chodził mi po głowie ale nigdy nie było okazji, na dodatek w biznes klasie spotkałem polską stewardesę, z którą całkiem milej minęła powrotna droga do Szwajcarii.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj

Święta w łóżku

Śniadania w Sofitelu są wielkim wydarzeniem w samym sobie. Te wszystkie stoły uginające sie pod ciężarem smakołyków różnych kuchni świata, bogate dekoracje i bezkres kwiatów, pięknie ubrane kobiety przechadzające się po hotelowym lobby i lokalne podmioty wypachnione, wypielęgnowane gotowe zrobić wszystko byleby tylko zwrócić na siebie uwagę, zatrzymać wzrok przybysza z Zachodu. Z trudem przychodziło mi odpędzanie się od wszelakich zaczepek a jak czasami przypadkiem mój wzrok się na kimś zatrzymał to miałem przechlapane i mogłem składane wcześniej śluby czystości odłożyć już tylko na półkę z dobrymi chęciami, zaraz obok silnej woli i pruderii. Czasami czuję się trochę jak predator, wabiący miłym uśmiechem, kuszący przyjaznym usposobieniem, szarmancki i elegancki zachowaniu, a potem obdzierający bezwzględnie z resztek niewinności i przyzwoitości porywający ze sobą w otchłań zatracenia, pokus i ziemskich przyjemności.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Skomentuj